Weekend w Brukseli

Tym razem świeża sprawa ostatni weekend w Brukseli ! Dwa tygodnie temu na moim portalu Zetolot.pl pojawił się wpis z opcją taniego przelotu do Brukseli na weekend, konkretnie piątek – niedziela za świetną ceną 78 zł !

Jako, że moja jedna z zajawek przerodziła się w mały biznes, często korzystam z własnych pomysłów na loty i sam latam jak często tylko mogę. Tak też było teraz szybka rozmowa na messengerze z kolegą Michałem i szybkie bukowanie biletów bo jak wiadomo takie okazje znikają bardzo szybko. W sumie polecieliśmy we trójkę, ja, Asia i Michał.

Wylot mieliśmy rano w piątek więc szybki transfer autem na lotnisko w Modlinie, zostawienie samochodu na parkingu i na lotnisko. W barku czekali już na mnie Asia z Michałem, szybkie przywitanie przy porannej kawie i do samolotu. Lot jest dość krótki, niecałe dwie godziny a na nasz weekend w Brukseli lecieliśmy Ryanairem.

Jeżeli myślicie się wybrać do Brukseli to miejcie na uwadze, że lotnisko Brussels Charlleroi znajduje się około 45 km od samej Brukseli. My wybraliśmy sobie chyba najrozsądniejszą opcję i do samej Brukseli pojechaliśmy z lotniska autokarem linii Flibco – koszt to 31 Euro za przejazd o obie strony, taksówką wychodzi dużo drożej – 90 Euro w jedną stronę. Jazda zajęła nam około godziny i wysiedliśmy w pobliżu stacji kolejowej Brussels Sud.

Pokręciliśmy się chwilę po samym dworcu, pierwsze co od razu rzuciło się w oczy to full policji i uzbrojonych po zęby żołnierzy. Widać, że echa nie tak dawnego zamachu są jeszcze żywe – i dobrze, lepiej zapobiegać podobnym sytuacjom. Jako, że byliśmy już dość mocno głodni poszukaliśmy sobie jakiegoś fast foodu na szybko. Wybór padł na nieznaną w Polsce sieć Quick – dokładna kopia McDonald’sa 🙂 Dla zainteresowanych ceny zestawów typu buła, frytki i napój oscylują w okolicach 7 Euro. Da się to nawet zjeść.

Następnie szybko postanowiliśmy udać się do naszego hotelu i chwilę odpocząć. Droga zajęła nam masakrycznie dużo czasu, bo postanowiliśmy skorzystać z ładnej pogody,  na miejscu było około 15 stopni i jak najdłuższą część drogi pokonać pieszo 🙂 Jak, że Bruksela nie należy do płaskich miast przyznam się, że trochę się umęczyliśmy 😀

Jako, że nasz weekend w Brukseli dopiero się zaczynał poszliśmy szybko zrobić jakieś podstawowe zakupy do pobliskiego supermarketu i szybko do hotelu na chwilę odpoczynku. Nasz hotel przywitał nas ładną recepcją gdzie miła pani zameldowała nas i w końcu byliśmy u siebie 😉 Kolejna uwaga ode mnie, niestety chociaż hotel dumnie figurował w serwisie booking.com jako czterogwiadkowiec to niestety nie przystawał do tego standardu. No nijak nie można go przyrównywać do choćby naszych polskich obiektów trzygwiazdkowych. No nic, mamy tam zostać tylko dwie no noce więc nie robiliśmy z tego jakiejś tragedii.

Na wieczór planowaliśmy wypad na miacho więc chwila odpoczynku się przydała. Szybki przegląd atrakcji na Tripadvisorze i naszym celem został znany brukselski bar o wszystko mówiącej nazwie Delirium Cafe 😀 Na miejsce, czyli do rozrywkowego centrum Brukseli dojechaliśmy autobusem, cena za przejazd w jedną stronę to 2,50 Euro – niezależnie od długości trasy. W nawigacji po mieście służyła nam aplikacja Google Maps w telefonie Michała, która po prostu tak nas kierowała, że wszędzie szliśmy naokoło, grunt że w zasadzie zawsze po krótszym lub dłuższym czasie trafialiśmy na miejsce hehe.

Warto tu napisać, że wspomniany bar Delirium Cafe to jeden z najsłynniejszych pubów na świecie, szczyci się tym, że w karcie posiada ponad 430 !!! rodzajów najróżniejszych piw. Bar ten mieści się pod adresem Impasse de la Fidélité 4, 1000, w jednej z urokliwych małych uliczek. Kolejna dobra rada – jeżeli chcecie trochę pobalować to przygotujcie gruby plik Euro 🙂 Ceny piw zaczynają się mniej więcej od 5 Euro natomiast jeśli chcecie raczyć się mocniejszymi trunkami to niestety nie ma lekko hehe, ceny szotów oscylują w granicach 10 Euro za jeden – no ale kto bogatemu zabroni 😀 W każdym razie po wypiciu paru piwek i zajebistego Mohito – polecam, stwierdziliśmy, że pora na nas. Następnego dnia planowaliśmy trochę pozwiedzać miasto jak rasowi turyści bo spędzić weekend w Brukseli i nic nie zwiedzić to trochę słabo 😉

Sobota, pobudka – szybkie śniadanko w postaci gotowców bagietek z pobliskiego marketu i ustalamy plan zwiedzania. Żelaznym punktem, jaki sobie wcześniej założyliśmy miał być oczywiście Parlament Europejski i tam skierowaliśmy pierwsze kroki a raczej udaliśmy się na przystanek autobusowy z którego nas zabrał autobus, stwierdziliśmy że starczy nam już chodzenia na piechotę po piątkowej wędrówce 🙂

Nie będę tu wymieniał numerów autobusów ponieważ i tak każdy będzie mieszkał gdzie indziej i bez problemu dowie się czy to z netu czy od obsługi swojego hotelu jak dojechać w każde miejsce. Natomiast niewątpliwym minusem Brukseli jest to, że atrakcje są bardzo rozrzucone i weekend to zdecydowanie za mało żeby zobaczyć wszystko, niemniej jednak można coś tam liznąć 😉

 

Sam parlament to duży kompleks różnych budynków oznaczonych tak, że nikt nie będzie miał najmniejszych wątpliwości pod jaka instytucją się znajduje. Po spacerze wokół wspomnianych gmachów skierowaliśmy się do Parlamentarium, jest to interaktywne jakby muzeum,-ekspozycja w której dowiemy się wszystkiego o powstaniu Unii Europejskiej, jej genezie, celach i przyszłości. Bardzo ciekawa atrakcja, moim zdaniem obowiązkowa.

Wstęp jest zupełnie za darmo, po wejściu do budynku czeka nas kontrola taka jak na lotnisku, prześwietlanie toreb, zdejmowanie pasków itp. Następnie dostajemy do dyspozycji interaktywnego asystenta zwiedzania, obsługa pyta się tylko w jakim języku chcemy żeby nas oprowadzał. Dostajemy poręczny gadżet wielkości ipoda, wkładamy słuchawkę do ucha i już zaczynamy zwiedzać. Lektor po kolei oprowadza nas po poszczególnych salach i opisuje znajdujące się tam ekspozycje. Super sprawa 🙂

 

Czasu jak na lekarstwo więc zaraz po zwiedzaniu udaliśmy się w kierunku brukselskiej starówki i brukselskiego Grand Place. Oczywiście dojechaliśmy tam tramwajem z przesiadką po drodze do autobusu. Plac jest bardzo fajny, dookoła znajdują się piękne kamienice. Uroku dodają odchodzące we wszystkie strony urokliwe małe uliczki przy których ulokowane są najróżniejsze sklepiki z pamiątkami oraz ze specjalnością Brukseli – czekoladkami 🙂 Jest to raj dla łasuchów, także jak ktoś się stara trzymać dietę niech tam nie idzie haha 😀

Po całym dniu zwiedzania odezwał się w końcu i w nas głód, całe szczęście że wszędzie w pobliżu pełno jest najrozmaitszych knajp i restauracji. Postanowiliśmy zgodnie, że czas spróbować specjałów lokalnej kuchni.

Nasz wybór padł na restaurację o nazwie Brussels Grill Restaurant znajdującej się pod adresem Rue Marche aux Herbes 89. Można było sobie wybrać miejsce na zewnątrz lub w środku, ale że wiało usiedliśmy sobie w środku. Szybki przegląd menu i nasz wybór padł na miejscową specjalność mianowicie mule gotowane w białym winie oraz zestaw owoców morza w postaci krabów, kalmarów oraz krewetek. Jako przystawki nie mogło zabraknąć belgijskich frytek ( bardzo smaczne ) oraz sałatki ze świeżych warzyw. Generalnie polecam tą knajpkę, ceny wiadomo brukselskie – za wspomniany zestaw dla jednej osoby trzeba zapłacić około 60 Euro no ale myślę że warto.

Po posiłku i kilkunastu minutach odpoczynku z belgijskim piwkiem w reku postanowiliśmy udać się do hotelu żeby chwilkę odsapnąć i ruszyć gdzieś jeszcze wieczorem jako że został nam jeszcze tylko jeden wieczór.

Po krótkiej drzemce i naradzie postanowiliśmy, że ostatni wieczór spędzimy w znanym już nam Delirium Cafe, tam też się udaliśmy. Wieczór przebiegał bardzo spokojnie przy mohito i lokalnych piwach. Ludzi jak to w sobotę masa, generalnie ciężko jest tam o miejsce więc jeżeli planujecie dłuższą posiadówkę to proponuję Wam wybrać się tam wcześniej żeby mieć pewność miejsc siedzących.

 

Tak skończyliśmy nasz weekend w Brukseli, rano szybki transfer wspomnianym na początku wpisu autokarem linii Flibco na lotnisko i powrót w glorii i chwale na polską ziemię 😉

Jeżeli traficie tak jak my na tanie loty to polecam Wam weekend w Brukseli !

W przyszłą niedziele wybieramy się do portugalskiego Faro, tym razem na trochę dłużej więc stay tuned i czekajcie na relację, pozdrawiam Leszek 🙂

 

 

Livigno na rapie !

Witam Was w kolejnym „zimowym” wpisie, tym razem Livigno na rapie ! Cofnijmy się do zeszłego sezonu, mianowicie jakoś tak w styczniu mój brat Szymon wziął udział w Facebookowym konkursie. Chodziło o to, że firma Snow Nation, która zajmuje się organizacją zorganizowanych wyjazdów na deskę i narty ogłosiła na swoim fan page konkurs na hasztag opisujący najtrafniej ich wyjazdy na deskę dla osób po 25 roku życia 🙂 Akurat zobaczyłem, że mój brat wziął udział i wymyślił jakiś hasztag i samemu tez napisałem swój pomysł – #ćwiaranarapie.

W sumie to zaraz po tym zapomniałem o tym konkursie, ale w następny poniedziałek mój brat napisał, że wygrałem konkurs haha, faktycznie na stronie Snow Nation widniałem jako zwycięzca, co zrobić 😀 Jako, że główną nagroda był wyjazd do Livigno pozostało tylko się cieszyć z wygranej 🙂

Przyznam się, że kilka razy miałem propozycję od znajomych żeby wybrać się do tego włoskiego kurortu na deskę, wszyscy chwalili to miejsce, pełno super przygotowanych tras, piękne widoki no i włoska kuchnia. Niewątpliwą zaletą Livigno jest też fakt że całe miasteczko jest strefą bezcłową, ceny są niewygórowane co oczywiście ma niemałe znaczenie 🙂

O swojej wygranej dowiedziałem się jakoś w styczniu natomiast sam event był zaplanowany był na kwiecień zostało więc  jeszcze trochę czasu na przygotowanie i ogarnięcie spraw. W międzyczasie mejlowo skontaktowałem się jeszcze z właścicielką firmy Snow Nation – Dominiką od której dowiedziałem się wszystkich szczegółów. Generalnie sytuacja wyglądała tak, że bez żadnej ściemy jako zwycięzca konkursu mam cały wyjazd za free, tj. przejazd i zakwaterowanie, które opłaca mi Snow Nation 🙂

Czas szybko mijał i w końcu nastąpił moment wyjazdu, spakowany czekałem sobie pod Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie gdzie miała odbyć się zbiórka. W końcu podjechał autokar i wszyscy wpakowali się do środka. Przed nami w sumie dość długa podróż, planowo mieliśmy dojechać za około 23-24 godziny. W sumie to nie przepadam za tak długimi podróżami i to jeszcze autokarem ale co zrobisz jak nic nie zrobisz.

Podróż jednak dość szybko minęła i jakoś koło południa cała ekipa zameldowała się na miejscu. Do grupy jeszcze dołączył znany polski pro snowboarder Wojtek „Gniazdo” Pawlusiak i wszyscy udali się do swoich apartamentów. Ciszę się niezmiernie bo dostałem miejsce chyba w najfajniejszym domku, wraz z ekipą Snow Nation i wspomnianym wcześniej Wojtkiem i Mariuszem – byłym DJem Warszafkiego Deszczu aka DJ Mario 😉 Czyli prawdziwe Livigno na rapie !

Przydałoby się wspomnieć parę słów o samym miasteczku Livigno, jest to miejscówka dość znana z uwagi na częste wyjazdy z naszego kraju. Najtaniej można tam jechać albo na początku sezonu, tj. w grudniu albo na samą końcówkę w kwietniu. Okazja polega na tym, że wtedy w Livigno są darmowe skipassy, po prostu Livigno w ramach promowania swoich resortów udostępnia je za free- można ? 🙂

Ogólnie Livigno to jeden z najlepiej przygotowanych ośrodków narciarskich w Europie. Kiedyś była to wioska do której, ze względu na  położenie, można było dotrzeć tylko przez kila miesięcy w roku, dziś dzięki rozbudowanej infrastrukturze narciarskiej i drogowej jest jedną z najchętniej odwiedzanych przez snowboardzistów i narciarzy.  Miasteczko to otaczają dwa masywy górskie: Mottolino i Carosello w zasadzie zawsze nasłonecznione i naśnieżone – warunki są zatem bardzo dobre. Ośrodek oferuje łącznie 140 km tras zjazdowych, w tym 10 km tras czarnych, 50 czerwonych i 40 niebieskich – ponad 50 tras snowbordowych i narciarskich. Do dyspozycji są nowoczesne wyciągi w liczbie 30, a w tym 16 orczykowych, 11 krzesełkowych i 3 gondole. Na stokach znajdują się liczne bary, gdzie można coś zjeść i odpocząć. Również narciarze biegowi, a także początkujący snowboardziści znajdą coś dla siebie. Dla tych, którzy chcieliby spróbować innych śnieżnych atrakcji polecane są wspinaczki po lodzie, jazda skuterem śnieżnym oraz samochodem po lodzie. Po całodniowej jeździe  można miło spędzić czas w restauracjach i pubach lub balować w dyskotekach do białego rana. Warto wspomnieć, że kolejnym plusem Livigno jest to, że znajduje się tu strefa wolnocłowa i niezliczona ilość sklepów.  Fajnie nie ?

Na miejscu mieliśmy zostać cały tydzień więc czasu na korzystanie ze wszystkich atrakcji było sporo 🙂 Zresztą, ekipa Snow Nation dbała cały czas o to, żeby nikt się nie nudził, organizowane były mecze w piłkę, warsztaty longboardowe itp itd. Wieczorami wiadomo, pełen czill z czymś zielonym lub płynnym i tak upływały kolejne dni. Warto dodać, że pomimo tego, że Livigno słynie z dużej ilości odwiedzających je naszych rodaków ani razu nie było sytuacji, że widać było któregoś z naszych pijanego czy awanturującego się 🙂 Ceny alkoholu są zatrważająco niskie a pomimo to wszyscy trzymają fason 😉

Dodatkowym mega plusem tej miejscówki jest włoska kuchnia 🙂 W każdym sklepiku sam wybór serów może przyprawić o zawrót głowy, dodatkowo kwietniowe temperatury – gwarantuję Wam, że wrócicie opaleni, nie ma innej opcji. Jeżeli chodzi o ceny, tak ogólnie to chyba ten włoski kurort jest najtańszym miejscem a Alpach. Przykładowo pizza na stoku to koszt w granicach 6-8 Euro, piwko ok. 4-5 Euro więc ceny są do przyjęcia, można przeżyć 😉

Na koniec napiszę Wam, że na tyle mi się podobał ten wyjazd, że w tym roku już normalnie wykupiłem sobie wyjazd u Dominiki i jadę na kolejne Livigno na rapie już w kwietniu !

Livigno na rapie !

Start sezonu snow Stubai !

Start sezonu snow Stubai ! Witajcie w kolejnym odcinku mojego bloga, tym razem będzie zimowo bo jest zima a jak jest zima to wiadomo, że musi być zimno 🙂 Jak jest zimno to musi być śnieg a jak jest śnieg to trzeba po nim pośmigać 😀

W zasadzie wszystkie moje tripów odbywają się na pełnym spontanie, tak było też tym razem, jak zwykle niezawodna okazała się Marta, która była też organizatorką freeridowego wypadu do Gruzji. Spotkaliśmy się jak zwykle z resztą na kolejnej edycji festiwalu filmów snowboardowych Winter is my love w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie i jak zwykle padł pomysł jakiegoś wypadu snowboardowego 🙂 Marta już w zeszłym roku namawiała mnie na Stubai ale z różnych względów nie mogłem akurat wtedy jechać. Co się odwlecze to nie uciecze i w listopadzie zaplanowaliśmy trip 🙂 Poza naszą dwójką do ekipy miała jeszcze dołączyć mieszkająca na co dzień w Amsterdamie Natalia.

Standardowo założyliśmy sobie grupę na messengerze i powoli planowaliśmy wszystko. Cel był jasny od początku – lodowiec Stubai w Austrii, u nas jeszcze zielono a tam temperatury grubo na minusie. Plan był dość napięty ponieważ wyjazd zaplanowaliśmy na godzinę mniej więcej 14 a dopiero o 11 Natalia miała przylecieć z Amsterdamu na Okęcie, potem szybko do siebie do domu, ogarnąć samochód – którym mieliśmy jechać do Austrii i ogień ! Na szczęście wszystko się udało, spotkaliśmy się pod wypożyczalnią boksów, który okazał się niezbędny bo co jak co ale sprzętu to zabraliśmy opór. Dziewczyny są zapalonymi freeriderkami, mają cały sprzęt anty-lawinowy, plecaki, łopaty, detektory itp. Start sezonu snow Stubai – ognia !

Po szybkich zakupach w Biedrze zapakowaliśmy się do naszego wozu i jazda. Trasa na lodowiec jest niestety dość długa, plany był taki żeby dojechać w nocy, ewentualnie nad ranem tak żeby nie tracić dnia i móc zacząć od razu jeździć. Dodatkowo dowiedziałem się, że na miejscu jest już część ekipy z którą jeździliśmy w Gruzji oraz moja koleżanka Ola, z którą byłem również w Gruzji i kiedyś na majówce w Szkocji – opiszę ten wypad w oddzielnym wpisie:)

Droga mijała spokojnie, w zasadzie nic szczególnego się nie wydarzyło, jedyna uwaga to miejcie się na baczności w Austrii – limity prędkości są bezlitosne, maks. dopuszczalna prędkość to 100 km/h a wszędzie są poukrywane fotoradary !

W końcu, trochę później niż planowaliśmy dotarliśmy na miejsce – Start sezonu snow Stubai ! Dojechaliśmy jak jeszcze było ciemno, szybko rzuciliśmy nasze toboły do apartamentu i spać. Nasze lokum okazało się bardzo fajne i przestronne, składało się z ogromnego pokoju dziennego wraz z częścią jadalną, super tarasem i kuchnią. Drugi pokój stanowiła duża sypialnie i trzema mega komfortowymi łóżkami i szafami. Powiem szczerze, że w fajniejszym apartamencie na wyjeździe snow nie byłem 🙂

Dodatkowo w pakiecie mieliśmy możliwość korzystania z pakietu SPA hotelu naprzeciwko. Składał się on z paru basenów, różnych saun itp. Po całodziennej jeździe super sprawa !

Rano po szybkim śniadaniu i kawie zajarani ruszyliśmy na stok. Super sprawa z naszą miejscówką była taka, że znajdowała się bardzo blisko od przystanku ski busa, dodatkowo tuż pod nosem mieliśmy mini market o nazwie Spar – też bardzo przydatna rzecz, kolejny TIP dla Was – w Austrii jest absolutny zakaz handlu w niedziele, otwarte są tylko stacje benzynowe. Planując więc pobyt tam weźcie to pod uwagę, zresztą podobnie jest też w Niemczech. Sklepy zamknięte i koniec kropka.

Pod główną gondolą, na samym dole jest bardzo duży parking więc jeśli ktoś woli podjechać swoim autem to też nie ma problemu. Szybkie ruchy do kas i kupujemy skipassy. Są różne typy do wyboru więc każdy może dopasować karnet pod siebie. Są karnety weekendowe, dobowe na cały tydzień itp. Po zakupie ruszyliśmy kolejką na górę, w gondolkach działa wi-fi więc nie ma problemu żeby korzystać ze smartfonów itp.  Szybko ustawiliśmy się z reszta znajomych już na górze i w promieniach alpejskiego słońca oddaliśmy się naszej pasji jaką jest snowbarding 🙂

Na pewno Was zainteresuje kwestia cen jakie obowiązują w tym resorcie, knajp jest wiele, nie ma problemu żeby zjeść super żarcie. Ceny kształtują się różnie, można zjeść pizze za 7 Euro albo np. zajebisty i mega dopasiony Wiener Schnitzel za 15 Euro, tez kotlecik jest tak dobry że teraz nawet cieknie mi ślina haha. Dodatkowo obowiązującym napojem wzmacniającym jest oczywiście Jagermeister haha, dostępny w buteleczkach o różnej pojemności i w różnych konfiguracjach 🙂 Polecam na rozgrzewkę !

Jeżeli chodzi same warunki do jazdy to nie ma co narzekać, jest tu wszystko czego dusza zapragnie 🙂 Wiadomo jak to w Alpach, full tras, wszystkie świetnie przygotowane, nie ma lipy. Dal freestyle’owców jest super park o nazwie Stubai Zoo, ale to już raczej poziom dla prosów, zresztą co chwila natykaliśmy się na znane twarze ze światowej czołówki snowboardowej.

 

Dla osób które lubią pośmigać poza przygotowanymi trasami też jest w czym wybierać, miejsc jest full. Jednym słowem dla każdego coś się znajdzie. Dodatkowo przy głównej stacji znajdowała się strefa testów, więc jeśli chciało się przetestować jakąś deskę to nie było problemu. Trzeba było tylko wpłacić niewielką kaucję za sprzęt i można było testować bez problemu najnowsze modele desek różnych firm snowboardowych.

Po całodziennej jeździe przyda się też chwilka relaksu 😉 Na samym dole czekała na wszystkich imprezowiczów knajpka, którą roboczo nazwaliśmy „Grzybkiem” , klasyk alpejski, melanż w rytmie niemieckiego techno 😀

Podsumowując, jeżeli więc zastanawiacie się jak rozpocząć sezon snowboardowy to Austria i jej Stubai będzie na pewno dobrym wyborem ! Znajdziecie tam wszystko, czego potrzeba w alpejskim resorcie. Dodatkowym mega plusem jest to, że sezon startuje tam już w listopadzie i już wtedy otwarte są wszystkie trasy i można korzystać ze wszystkich atrakcji 🙂

Jeżeli macie jakiekolwiek pytania w kwestii organizacyjnej czy też w jakiś innych kwestiach to śmiało piszcie w komentarzach 🙂

Pozdro start sezonu snow Stubai !!!

 

Snowboardowy freeride w Gruzji cz. 2 Gudauri

Po dość długiej przerwie zapraszam do lektury Freeride w Gruzji cz. 2 Gudauri !

Rano wstaliśmy, zjedliśmy skromne śniadanie i taksą na lotnisko ! Przyjechaliśmy w samą porę bo akurat na halę wysypała się nasza, dobrze już rozbawiona ekipa 😉

Po wzruszających przywitaniach, w końcu byliśmy na obczyźnie i po krótkiej wymianie wrażeń z pobytu w Tibilisi z Martą, cała ekipa a było nas około 25 osób, udaliśmy się na parking lotniska gdzie czekały już na nas zamówione busy, które miały nas przetransportować do Gudauri 🙂

Droga upłynęła nam pod znakiem konsumpcji różnorakich trunków oraz szeroko pojętej integracji 😉 Odległość jaka dzieli Tibilisi od tego kurortu to mniej więcej 200 km, natomiast trudność drogi bierze się stąd, że jest bardzo kręta i wspina się na wysokość prawie 2.500 m npm.

Widoki jakie nas powitały na miejscu były przepiękne, wszędzie pełno świeżego śniegu, Majestatyczne szczyty masywu Kaukazu, coś pięknego. Cała nasz ekipa zatrzymała się w super hotelu o znaczącej nazwie Carpe Diem  🙂 Na miejscu byliśmy dość wcześnie rano, także po „trudach” podróży większość ekipy udała się do swoich pokoi celem zebrania sił na jazdę, część osób skorzystała także z sauny oraz z sali kinowej którą mieliśmy do dyspozycji przez cały okres naszego pobytu 🙂

Generalnie, jeśli liczycie, że w Gruzji spotkacie klimat znany z alpejskich kurortów to możecie się zdziwić, cały urok tego miejsca polega właśnie na czymś innym, czymś czego trudno szukać chociażby w Livigno czy innych tego typu popularnych miejscach. Oczywiście infrastruktura jest świetna, jednakże nie ma aż tak dużo przygotowanych tras, cała zabawa polega na jeździe poza wyznaczonymi trasami czyli na freeridzie.  Od razu małe ostrzeżenie, jeśli nie jeździcie co najmniej dobrze na desce czy nartach, możecie się rozczarować. Trasy, które są wyznaczone są dość wymagające, snowpark również nie należy do łatwych.  W zasadzie cały następny tydzień upływał nam na codziennej jeździe do opory od samego rana aż do zamknięcia wyciągów czyli okolicy godziny 16. Na dole standardowo czekały na nas super wygodne pufy i lokalna knajpka oraz parę budek w których gruzińskie babcie sprzedawały różne napoje oraz hit naszego wyjazdu – napój mocno wyskokowy o wdzięcznej nazwie Czacza 🙂

Jest to miejscowy mocny alkohol produkowany domowymi metodami z resztek winogron które pozostają po produkcji wina. Do tej pory nie wiem czemu ale napój ten sprzedawany był w zestawie z napojem o smaku gruszki oraz jednym listkiem gumy miętowej 😉 Ostrzeżenie z mojej strony – z Czaczą nie ma żartów, niejeden kozak musiał uznać jej wyższość i zakończył konsumpcję bardzo szybko padając twarzą w gruziński, biały śnieg 😀 Jednym słowem freeride w Gruzji bez Czaczy się nie liczy !

Nasz hotel był umiejscowiony na wysokości ponad 2.000 m n.p.m., do wyciągu mieliśmy dosłownie 100 metrów także z powrotem do niego nie mieliśmy problemów pomimo krążącej w naszych żyłach prawie codziennie Czaczy 😉

Co pozostaje mi na koniec ? Jedyne co mogę napisać to to, że warto odwiedzić ten trochę egzotyczny dla nas kraj i spróbować zarówno wyśmienitej miejscowej kuchni jak i zweryfikować swoje umiejętności nartowo-deskowe na stokach Kaukazu…

Jednym słowem polecam Wam freeride w Gruzji z całego serca !

 

 

 

Snowboardowy freeride w Gruzji cz. 1 Tbilisi

Witam Was ponownie, jakiś czas nie dodawałem nowych wpisów, spowodowane było to obowiązkami dnia codziennego, wiadomo praca itp. W tym wpisie postanowiłem wrócić do mega fajnego tripu jaki odbyłem w zasadzie zaraz po powrocie z Filipin, mianowicie wypad na snowboardowy freeride w Gruzji !

No więc od początku, wszystko zaczęło się podczas imprezy odbywającej się co roku przed rozpoczęciem sezonu snowboardowego  w Pałacu Kultury w Warszawie o nazwie Winter is my love, jest to mówiąc krótko z reguły dwudniowy festiwal filmów snowboardowych. Jest to znakomita okazja do spotkania się ze znajomymi, pogadania na temat planów wyjazdowych i ewentualnie zebrania ekipy na jakiś wypad 🙂

Na tej imprezce spotkałem min. moją koleżankę Martę, która prowadzi fan page adrenaline rush , Marta zaczęła opowiadać jak w zeszłym roku poleciała do Gruzji na snowboard i że ogólnie było zajebiście 😉 Następnie od słowa do słowa powstał plan na kolejny wypad, założenia były proste – kierunek Gruzja a konkretnie jej najbardziej znany górski kurort Gudauri leżący na wysokości 2196 m npm. oraz termin, przełom lutego i marca, gdyż właśnie wtedy istnieje największe prawdopodobieństwo obfitych opadów świeżego puchu 🙂

Wspomniana wyżej impreza miała miejsce jakoś na początku października i w zasadzie zaraz potem, z dużą pomocą Marty zacząłem polowanie na bilety lotnicze. Od razu napiszę, że jedyną sensowną opcją żeby dostać się do Gudauri jest przelot do Tbilisi. Inne opcje nie wchodzą w grę bo są albo nieopłacalne czasowo albo finansowo. Kolejna rada – najtaniej wychodzi przelot naszymi liniami LOT ! Tylko – trzeba wyczekać odpowiedni moment, najlepiej skorzystać z ofert jakie pojawiają się na stronie naszego przewoźnika jako „Szalona Środa”.  Ja z tego co pamiętam zakupiłem przeloty w obie strony za około 540 zł, co uważam za mega dobrą cenę 🙂 Przy wyjazdach na narty czy też deskę pojawia się kolejny problem – jak zabrać ze sobą sprzęt ? Istnieje możliwość wykupienia dodatkowego bagażu- tzw. sportowego, koszt to z tego co pamiętam około 100 Euro w jedną stronę co daje nam sumę 200 Euro plus 540 za bilet w najtańszej opcji to już jest kwota około 1000 zł.  Podam Wam teraz swój osobisty patent, który wymyśliłem właśnie wtedy – wykonałem telefon na infolinię LOTu i spytałem się czy jest opcja zrezygnowania z bagażu rejestrowanego i w to miejsce zabrania bagażu sportowego, oczy wiście bez dopłat 😉 Gość na infolinii w pierwszej chwili trochę zgłupiał ale po chwili powiedział, że w sumie nie ma przeszkód i tym sposobem zaoszczędziłem 200 Euro 🙂 Wszystkie swoje snowboardowe rzeczy po prostu spakowałem w wielki pokrowiec na deskę, do którego weszły tez buty, ciuchy i reszta gratów. Dodatkowo zabrałem jeszcze małą walizkę jako bagaż podręczny i to tyle 🙂

Rezerwując bilet pomyślałem sobie, że dodatkową atrakcją byłoby chociaż krótkie zwiedzenie Tbilisi więc zabukowałem sobie przelot o jeden dzień wcześniej niż reszta grupy, okazało się że nie tylko ja tak zrobiłem i w sumie we czterech spotkaliśmy się na Okęciu i rozpoczęliśmy naszą wyprawę tradycyjnym lotniskowym drinkiem – cola wymieszana w butelce z whisky 😉

Do Tbilisi dotarliśmy jakoś rano, lot był w miarę spokojny natomiast samolocik bardzo mały i dość niewygodny, no ale trudno.  Na samym lotnisku warto wymienić nieco pieniędzy, z tego co pamiętam to były tam ze dwa czy trzy kantory także nie ma problemu. Wzięliśmy taksę i prosto do naszego hoteliku, w sumie jedynym wyznacznikiem jakim się kierowałem przy jego wyborze była cena 🙂 Wiadomo, to tylko na jedną noc.

Dotarliśmy do hotelu, szybki prysznic i na miacho bo czasu mało. Taksą do centrum i pierwsze co daje się nam we znaki to słońce hehe, po prostu tam było o wiele cieplej niż u nas ! Spokojnie ponad 20 stopni !

 

Byliśmy w miarę wypoczęci więc na początek postanowiliśmy wejść na słynne wzgórze Sololaki nieopodal twierdzy Narikala. Na szczycie tego wzgórza znajduje się znany posąg kobiety zwany Kartlis Deda, jest posąg który przedstawia kobietę – matkę Gruzji trzymającą w jednej ręce  czarę z winem dla przyjaciół  natomiast w drugiej miecz dla odstraszenia wrogów.

Sama droga na górę prowadziła pomiędzy zamieszkanymi domami, malowniczo wpisującymi się w zbocze wzgórza. Szło się bardzo przyjemnie, natomiast przyznam, że słonko dawało nam się ostro we znaki.  Jeżeli komuś się nie chce to może wjechać sobie na sam szczyt tuż pod wspomnianą twierdzę widokową kolejką linową 🙂

Będąc na szczycie wzgórza możemy podziwiać w całej okazałości całą panoramę Tbilisi, mi najbardziej przypadł do gustu bardzo oryginalny most dla pieszych, nazywany jest Mostem Pokoju.

13714401_10207962680197571_57050784_n

Mimo oryginalnej, wręcz futurystycznej konstrukcji obiekt wkomponował się w architekturę starego Tbilisi. Wykonany jest ze stali i szkła, robi wrażenie szczególnie oświetlony nocą. Most w Tbilisi zaprojektował włoski architekt Michele De Lucchi z pracowni aMDL. Projekt oświetlenia został stworzony przez francuskiego projektanta Philippe’a Martinaud. Obiekt został oddany do użytku w 2010 roku. Most Pokoju o długości 150 metrów powstał w samym centrum miasta, nad rzeką Kurą, i połączył dwa brzegi Tbilisi. Prowadzi ze Starego Miasta w kierunku nowoczesnej dzielnicy Tbilisi, a więc połączył dwie przeciwstawne części miasta.

bridge-of-peace

W międzyczasie trochę zgłodnieliśmy więc kolejnym naturalnym punktem wycieczki była restauracja 🙂 Knajpkę wybraliśmy po konsultacji z Martą, znajdowała się ona w samym centru Tbilisi, na przeciwko salonu Louis Vuitton 😉 Do jedzenia zamówiliśmy jeden z gruzińskich specjałów, tj. Chinkali – duże kołduny, wypełnione zupą. Aby je spożyć należy je umiejętnie nadgryźć, wypić sączącą się zupę ze środka i zakończyć zjedzeniem pozostałej reszty. Tradycyjne danie kuchni kaukaskiej popularne zwłaszcza w Gruzji.

Przygotowuje się je w ten sposób, iż surową porcję mięsa (najczęściej mielonego, np. baraniny, wołowiny) rozrobioną z wodą umieszcza się wewnątrz kołduna wykonanego z ciasta przypominającego zarówno smakiem jak i wyglądem ciasto pierogowe. Ciastu nadaje się formę jakby „sakiewki” a następnie gotuje w wodzie tak jak pierogi. Bulion pojawia się samoistnie w wyniku gotowania potrawy, wydzielając się ze znajdującego się w środku kawałka mięsa.

chinkali-pierozki-gruzinskie

 

Do obiadu nie mogło zabraknąć gruzińskiego pysznego wina ! Ja osobiście nie jestem jakimś mega fanem win, natomiast to faktycznie było wyborne, niestety nie pamiętam nazwy natomiast można zaryzykować, że każde winko pochodzące z Gruzji będzie Wam smakować 🙂

13713343_10207962680677583_939437292_n

Następnie razem resztą ekipy ruszyliśmy do słynnych łaźni królewskich, nie będę się tu rozpisywał bo każdy zainteresowany znajdzie sobie wszystkie informacje w necie, powiem tylko, że warto tam zajrzeć i na bank będziecie zadowoleni !

łaźnie

Po łaźni zupełnie już wypompowani z energii udaliśmy się na zasłużony odpoczynek do naszego hotelu, w końcu koło 5 mieliśmy być na lotnisku żeby dołączyć do reszty ekipy która do Tbilisi przyleciała dzień później.

To tyle jeśli o zwiedzanie samego Tbilisi, w następnym wpisie przedstawię Wam nasz pobyt w najbardziej znanym gruzińskim kurorcie narciarskim – Gudauri 🙂

Stay tuned !