13713527_10207962679957565_529510711_n

Snowboardowy freeride w Gruzji cz. 1 Tbilisi

Witam Was ponownie, jakiś czas nie dodawałem nowych wpisów, spowodowane było to obowiązkami dnia codziennego, wiadomo praca itp. W tym wpisie postanowiłem wrócić do mega fajnego tripu jaki odbyłem w zasadzie zaraz po powrocie z Filipin, mianowicie wypad na snowboardowy freeride w Gruzji !

No więc od początku, wszystko zaczęło się podczas imprezy odbywającej się co roku przed rozpoczęciem sezonu snowboardowego  w Pałacu Kultury w Warszawie o nazwie Winter is my love, jest to mówiąc krótko z reguły dwudniowy festiwal filmów snowboardowych. Jest to znakomita okazja do spotkania się ze znajomymi, pogadania na temat planów wyjazdowych i ewentualnie zebrania ekipy na jakiś wypad 🙂

Na tej imprezce spotkałem min. moją koleżankę Martę, która prowadzi fan page adrenaline rush , Marta zaczęła opowiadać jak w zeszłym roku poleciała do Gruzji na snowboard i że ogólnie było zajebiście 😉 Następnie od słowa do słowa powstał plan na kolejny wypad, założenia były proste – kierunek Gruzja a konkretnie jej najbardziej znany górski kurort Gudauri leżący na wysokości 2196 m npm. oraz termin, przełom lutego i marca, gdyż właśnie wtedy istnieje największe prawdopodobieństwo obfitych opadów świeżego puchu 🙂

Wspomniana wyżej impreza miała miejsce jakoś na początku października i w zasadzie zaraz potem, z dużą pomocą Marty zacząłem polowanie na bilety lotnicze. Od razu napiszę, że jedyną sensowną opcją żeby dostać się do Gudauri jest przelot do Tbilisi. Inne opcje nie wchodzą w grę bo są albo nieopłacalne czasowo albo finansowo. Kolejna rada – najtaniej wychodzi przelot naszymi liniami LOT ! Tylko – trzeba wyczekać odpowiedni moment, najlepiej skorzystać z ofert jakie pojawiają się na stronie naszego przewoźnika jako „Szalona Środa”.  Ja z tego co pamiętam zakupiłem przeloty w obie strony za około 540 zł, co uważam za mega dobrą cenę 🙂 Przy wyjazdach na narty czy też deskę pojawia się kolejny problem – jak zabrać ze sobą sprzęt ? Istnieje możliwość wykupienia dodatkowego bagażu- tzw. sportowego, koszt to z tego co pamiętam około 100 Euro w jedną stronę co daje nam sumę 200 Euro plus 540 za bilet w najtańszej opcji to już jest kwota około 1000 zł.  Podam Wam teraz swój osobisty patent, który wymyśliłem właśnie wtedy – wykonałem telefon na infolinię LOTu i spytałem się czy jest opcja zrezygnowania z bagażu rejestrowanego i w to miejsce zabrania bagażu sportowego, oczy wiście bez dopłat 😉 Gość na infolinii w pierwszej chwili trochę zgłupiał ale po chwili powiedział, że w sumie nie ma przeszkód i tym sposobem zaoszczędziłem 200 Euro 🙂 Wszystkie swoje snowboardowe rzeczy po prostu spakowałem w wielki pokrowiec na deskę, do którego weszły tez buty, ciuchy i reszta gratów. Dodatkowo zabrałem jeszcze małą walizkę jako bagaż podręczny i to tyle 🙂

Rezerwując bilet pomyślałem sobie, że dodatkową atrakcją byłoby chociaż krótkie zwiedzenie Tbilisi więc zabukowałem sobie przelot o jeden dzień wcześniej niż reszta grupy, okazało się że nie tylko ja tak zrobiłem i w sumie we czterech spotkaliśmy się na Okęciu i rozpoczęliśmy naszą wyprawę tradycyjnym lotniskowym drinkiem – cola wymieszana w butelce z whisky 😉

Do Tbilisi dotarliśmy jakoś rano, lot był w miarę spokojny natomiast samolocik bardzo mały i dość niewygodny, no ale trudno.  Na samym lotnisku warto wymienić nieco pieniędzy, z tego co pamiętam to były tam ze dwa czy trzy kantory także nie ma problemu. Wzięliśmy taksę i prosto do naszego hoteliku, w sumie jedynym wyznacznikiem jakim się kierowałem przy jego wyborze była cena 🙂 Wiadomo, to tylko na jedną noc.

Dotarliśmy do hotelu, szybki prysznic i na miacho bo czasu mało. Taksą do centrum i pierwsze co daje się nam we znaki to słońce hehe, po prostu tam było o wiele cieplej niż u nas ! Spokojnie ponad 20 stopni !

 

Byliśmy w miarę wypoczęci więc na początek postanowiliśmy wejść na słynne wzgórze Sololaki nieopodal twierdzy Narikala. Na szczycie tego wzgórza znajduje się znany posąg kobiety zwany Kartlis Deda, jest posąg który przedstawia kobietę – matkę Gruzji trzymającą w jednej ręce  czarę z winem dla przyjaciół  natomiast w drugiej miecz dla odstraszenia wrogów.

Sama droga na górę prowadziła pomiędzy zamieszkanymi domami, malowniczo wpisującymi się w zbocze wzgórza. Szło się bardzo przyjemnie, natomiast przyznam, że słonko dawało nam się ostro we znaki.  Jeżeli komuś się nie chce to może wjechać sobie na sam szczyt tuż pod wspomnianą twierdzę widokową kolejką linową 🙂

Będąc na szczycie wzgórza możemy podziwiać w całej okazałości całą panoramę Tbilisi, mi najbardziej przypadł do gustu bardzo oryginalny most dla pieszych, nazywany jest Mostem Pokoju.

13714401_10207962680197571_57050784_n

Mimo oryginalnej, wręcz futurystycznej konstrukcji obiekt wkomponował się w architekturę starego Tbilisi. Wykonany jest ze stali i szkła, robi wrażenie szczególnie oświetlony nocą. Most w Tbilisi zaprojektował włoski architekt Michele De Lucchi z pracowni aMDL. Projekt oświetlenia został stworzony przez francuskiego projektanta Philippe’a Martinaud. Obiekt został oddany do użytku w 2010 roku. Most Pokoju o długości 150 metrów powstał w samym centrum miasta, nad rzeką Kurą, i połączył dwa brzegi Tbilisi. Prowadzi ze Starego Miasta w kierunku nowoczesnej dzielnicy Tbilisi, a więc połączył dwie przeciwstawne części miasta.

bridge-of-peace

W międzyczasie trochę zgłodnieliśmy więc kolejnym naturalnym punktem wycieczki była restauracja 🙂 Knajpkę wybraliśmy po konsultacji z Martą, znajdowała się ona w samym centru Tbilisi, na przeciwko salonu Louis Vuitton 😉 Do jedzenia zamówiliśmy jeden z gruzińskich specjałów, tj. Chinkali – duże kołduny, wypełnione zupą. Aby je spożyć należy je umiejętnie nadgryźć, wypić sączącą się zupę ze środka i zakończyć zjedzeniem pozostałej reszty. Tradycyjne danie kuchni kaukaskiej popularne zwłaszcza w Gruzji.

Przygotowuje się je w ten sposób, iż surową porcję mięsa (najczęściej mielonego, np. baraniny, wołowiny) rozrobioną z wodą umieszcza się wewnątrz kołduna wykonanego z ciasta przypominającego zarówno smakiem jak i wyglądem ciasto pierogowe. Ciastu nadaje się formę jakby „sakiewki” a następnie gotuje w wodzie tak jak pierogi. Bulion pojawia się samoistnie w wyniku gotowania potrawy, wydzielając się ze znajdującego się w środku kawałka mięsa.

chinkali-pierozki-gruzinskie

 

Do obiadu nie mogło zabraknąć gruzińskiego pysznego wina ! Ja osobiście nie jestem jakimś mega fanem win, natomiast to faktycznie było wyborne, niestety nie pamiętam nazwy natomiast można zaryzykować, że każde winko pochodzące z Gruzji będzie Wam smakować 🙂

13713343_10207962680677583_939437292_n

Następnie razem resztą ekipy ruszyliśmy do słynnych łaźni królewskich, nie będę się tu rozpisywał bo każdy zainteresowany znajdzie sobie wszystkie informacje w necie, powiem tylko, że warto tam zajrzeć i na bank będziecie zadowoleni !

łaźnie

Po łaźni zupełnie już wypompowani z energii udaliśmy się na zasłużony odpoczynek do naszego hotelu, w końcu koło 5 mieliśmy być na lotnisku żeby dołączyć do reszty ekipy która do Tbilisi przyleciała dzień później.

To tyle jeśli o zwiedzanie samego Tbilisi, w następnym wpisie przedstawię Wam nasz pobyt w najbardziej znanym gruzińskim kurorcie narciarskim – Gudauri 🙂

Stay tuned !

 

13530826_10207815589600398_1713969249_n

Lanzarote wyspa surferów

Więc tak, parę dni temu wróciłem z super wypadu – Lanzarote wyspa surferów, bo tak postanowiłem nazwać ten wpis będzie traktował o wszystkim co robiliśmy na tej pięknej wyspie, co można dobrego zjeść, gdzie się pobawić, gdzie popływać, ceny, no ogólnie postaram się umieścić wszystkie informacje których ja bym szukał przed takim pobytem 🙂

Jak już wspominałem w jednym z poprzednich wpisów na Lanzarote wybraliśmy się bardzo spontanicznie. Bilety kupiłem za pośrednictwem czarterowego systemu Rainbow w bardzo okazyjnej cenie. Pierwsze co mnie zaskoczyło to długość samego przelotu, bite 5,5 godziny w puszce nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy. No w każdym razie ja nie przepadam ale co zrobić, trzeba jakoś przetrzymać. W każdym razie sam lot przebiegł komfortowo i bez przygód. Po wylądowaniu szybka kawka w lotniskowej kawiarni o pozytywnie brzmiącej nazwie „Jamaica” i idziemy odebrać z wypożyczalni zamówione auto. Jeszcze w Polsce po konsultacjach z Karolą z SurfKanary.com postanowilismy, że bierzemy najmniejszy segment auta, trafiła nam się prawie nówka Skoda CitiGo – fajna rzecz.

13530564_10207815588720376_736307517_n

Od razu wyjaśnię o co chodziło z autem, otóż od początku planowaliśmy przewożenie naszym autem co najmniej dwóch desek surfowych o długości co najmniej 7,2 cala i chodziło o to, żeby je jakoś zmieścić w środku. Po konsultacji z Karolą dowiedziałem się, że przepisy na wyspie pozwalają na przewożenie w środku desek tylko w busach, w każdym innym przypadku miejscowa policja może nałożyć mandat.  Wyszło na to, że deski będziemy wozić na dachu, więc wielkość auta zeszła na drugi plan i wzięliśmy najtańszą opcję – nasza Skoda kosztowała nas 50 Euro na cały tydzień, tak to nie pomyłka, tanio nie ?

13493027_10207815590200413_1285225179_n

Po zapakowaniu tobołów ruszyliśmy do naszej kwatery głównej, na północ wyspy w okolice słynnej w środowisku surfowym plaży Famara.

Poniżej na fotce plaża Famara :

13530466_10207815587440344_1338442596_n

Odległość od lotniska do naszego lokum wynosiła może ze 30 km, zresztą cała wyspa jest niewielka więc gdziebyście się nie zatrzymali to odległości będą podobne. Nasz surfcamp mieścił się w typowym tamtejszym szeregowcu, wejście przez niewielki taras potem pokój dzienny z tv i kuchnią. Nasz pokój był na dole a po prawej mieliśmy małe pomieszczenie na deski i do suszenia pianek i ręczników.

13530569_10207816119693650_1633129354_n

Na górze były jeszcze dwa pokoje i druga łazienka. To tyle, była w pełni wyposażona kuchnia z lodówką więc było gdzie schłodzić picie na wieczór 😉

Dla zainteresowanych podaje cenę – 1400 zł za pokój dla dwóch osób na tydzień.

13521763_10207815586880330_704187900_n

Od razu podjechaliśmy do naszej wypożyczalni desek i wzięliśmy jedna dechę 7,3 cala i jedną wave’wowa do kite’a. W tym momencie było spore zaskoczenie hehe, cena wynajmu deski na tydzień to też 50 Euro – tyle samo co samochodu 🙂

13536052_10207815587040334_2029980351_n

Generalnie cała miejscowość gdzie rezydowaliśmy to mega chillowe miejsce, normalną rzeczą był widok ludzi przemieszczających się na longboardach itp. W odległości około 50 metrów od nas był jedyny supermarket, pracowały tam dwie bardzo sympatyczne dziewczyny, pracowały i odpoczywały bo przerwa na siestę była dłuższa niż czas funkcjonowania sklepu 🙂 Obok po prawej była tez mega sympatyczna knajpka, gdzie jadłem super paellę i równie dobrą pizze, ceny przystępne, za danie około 7-12 Euro, zależy co, piwko po 2,5 także można przeżyć 🙂 Szczególnie polecam pizzę „Lanzarote” i paellę !

13530694_10207815589040384_1992147205_n

Generalnie pogoda wyglądała tam tak, że rano było trochę pochmurno, masy powierza unosiły się znad oceanu w górę, około 11-12 przejaśniało się i zaczynała się mega lampa 🙂 Poważnie, nie ma żartów, nad samą woda nie czuć tego słońca bo wieje ale opala ostro, bez kremu nie wychodzić !

Teraz najlepsze, warun zarówno na surf czyli fale jak i na kite jest non stop 🙂 Nie trzeba czekać jak miałem w Maroko po godzinie na fale, na Famarze fale są cały czas ! Największe pojawiały się około godziny 14-15, wtedy z wody wychodziły szkółki surfowe i wkraczali lokalesi, w tym sporo dziewcząt 🙂 Było na co popatrzeć, niektórzy ( i niektóre ) prezentowali poziom pro. Niestety, żeby osiągnąć takie skille trzeba chyba się urodzić nad oceanem, inaczej nie da rady 🙁

13510639_10207815591200438_775419443_n

W każdym razie codziennie praktycznie sobie trochę popływałem, chyba jednego dnia zrobiłem sobie przerwę i po prostu sobie chillowałem na piasku.

W zasadzie plan dnia był zawsze podobny, rano śniadanie – zapiekane bułki z kiełbasa chorizo i serem 🙂

13535880_10207815589200388_1287947013_n

Potem szybki transfer na Famarę i pływanko, następnie w nasze auto i albo obiad we wspomnianej knajpce obok nas albo jeździliśmy do miejscowości Puerto del Carmen – to taka najbardziej turystyczno komercyjna miejscowość na Lanzarote z mnóstwem knajpek i barów. Tam testowaliśmy różne restauracje ale najlepsza wg. mnie jest knajpa o nazwie Puerto Bahia, umiejscowiona nad portem na naturalnym skalnym tarasie. Jadłem tam raz stek z tuńczyka a raz paellę i powiem tak, o ile ten tuńczyk był spoko choć dupy nie urywał to ta paella niszczy system ! Polecam gorąco ! Cena to było chyba 14 Euro z tym, że za porcje dla dwóch osób. Super dobra !

13521811_10207815587360342_334697167_n

 

Generalnie pozwiedzaliśmy sobie też wyspę, odległości nie są duże więc wszędzie dojechaliśmy naszą Skodziną w kolorze Ferrari 😉  To co mogę polecić do zobaczenia to na pewno jezioro w kraterze wulkanicznym – Charco de los Clicos, znajduje się ono na południe od rybackiej wioski El Golfo.  Jezioro to ma intensywny zielony kolor, super wygląda. Jest to unikalny zbiornik wodny w skali całej wyspy, wytworzony w czasie wulkanicznych wybuchów w XVIII wieku.

13515260_10207815590640424_1078119702_n

Dodatkowo z uwagi na dużą popularność  miejscówki w okolicy powstało full knajp 🙂 Super żarcie, ryby i owoce morza, polecam. Jadłem tam jakąś rybę – wziąłem świeżą rybę dnia, nawet nie wiem jak się nazywała ale była dobra 🙂

13535704_10207815588000358_1605495506_n

 

Drugą lokalną atrakcją, którą polecam zobaczyć są winnice La Geria, z tych winnic w ostatnich czasach Lanzarote zyskała fejm na cały świat. Wyspa jest pochodzenia wulkanicznego, pełno pagórków itp. i na tych pagórkach czarnych od wulkanicznego żwiru miejscowi postanowili uprawiać winorośl, no i wychodzi im to całkiem dobrze hehe. Wygląda to tak, że zbocze pokryte jest małymi dołkami w których rosną winorośle a dodatkowo te dołki osłonięte są murkami z małych kamieni w kształcie podkowy, murki te chronią uprawy przed wiatrem. Część winnic można zwiedzać, jeśli toś ma ochotę może również skosztować tamtejszych wyrobów 🙂

winnice

No dobra, można sobie pozwiedzać, popływać ale co począć z wieczorami ? Tu opcji jest kilka, zależy co kto lubi 🙂 Jeśli lubisz totalny chillout można zostać sobie w Famarze i relaksować się słuchając fal oceanu, zawsze tez ktoś się pojawi żeby wypić sobie piwko na tarasie itp.  Jednakże ja wolałem trochę bardziej rozrywkowy styl hehe, dodatkowo fakt, że odbywa się Euro powodował, że praktycznie co wieczór jechaliśmy do wspomnianej Puerto Del Carmen i albo oglądaliśmy mecze przy piwku – najlepszy był czwartek i mecz Polska – Niemcy, do kibicowania Polsce dołączyły się dwie poznane Hiszpanki Jenny i Samara 🙂

13515367_10207815588400368_1855986463_n

 

Najfajniej było w knajpce Heinekena, tam oglądaliśmy większość meczy a po godzinie 23 knajpka przeobrażała się w fajna imprezownię. Obok knajpy na deptaku miejscowi mieli zbudowane tory do gry w Bule, praktycznie cały czas ktoś grał, życie po prostu tam tętniło non stop. Imprezy kończyły się oczywiście nad ranem hehe.

13530565_10207815588440369_630905980_n

 

Co mogę napisać na koniec ? Czy warto polecieć na Lanzarote ? Odpowiedź jest prosta – oczywiście ! Polecam z całego serca to miejsce nie tylko amatorom sportów wodnych, każdy znajdzie tam coś dla siebie, jest chill jest rozrywka, można pozwiedzać. Generalnie widoki jakie tam można spotkać są wyjątkowe, krajobraz wulkaniczno-pustynny no i mega piękny ocean, to wszystko sprawia, że jeśli tylko upolujecie niedrogo bilet lotniczy to nie ma co się zastanawiać i lecieć !

Na koniec krótkie zestawienie cen – lot – 499 zł, pobyt 700 zł / os, ceny w sklepach typu Lidl – to samo co u nas, piwo w knajpie 2-3 Euro, obiad od 6 do 20 Euro, auto na tydzień 50 Euro, deska surfingowa tez 50 Euro za tydzień.

Holla !

 

 

 

Czekoladowe22222

Bohol Czekoladowe Wzgórza i Wyraki

Przekładałem ten wpis już dwukrotnie, bo zawsze coś wyskoczyło a to filipińskie jedzenie a to wypadł niespodziewany trip na surfa, bywa. W każdym razie dziś opiszę Wam naszą eskapadę na Czekoladowe Wzgórza i Wyraki 🙂

Czekoladowe 1111

Tak – „wyraki” a nie „wraki” 🙂 Napiszę najpierw co to za zwierzątka. Są to małe stworzenia z rzędu naczelnych takie małe małpki. Nazywają się może niezbyt zachęcająco, bo pełna nazwa tego gatunku to Wyrak Upiór 🙂 Zwierzątka te to jedna z najważniejszych atrakcji na filipińskiej wyspie Bohol na której to spędziliśmy parę mega fajnych dni, więcej o naszym pobycie na Boholu możecie przeczytać tutaj.  Wybierając właśnie Bohol jako jedną z wysp, na której się zatrzymamy planowaliśmy właśnie dotrzeć na Czekoladowe Wzgórza oraz zobaczyć małe Wyraki. Trzecią atrakcją na jaka się nastawiliśmy było nurkowanie z rekinami wielorybimi ale to zrealizowaliśmy trochę później – lokalesi polecili nam miejscówkę mniej komercyjną i bardzo dobrze, w którymś z kolejnych wpisów opiszę Wam konkretnie co i gdzie się udać  na super nurkowanko z tymi, największymi rybami żyjącymi na świecie.

Jak już wspominałem na wyspie Bohol spędziliśmy parę dni. Mieszkaliśmy na początku na małej Panglao Island i to jest taka mała wysepka, w zasadzie z mocno turystycznym wybrzeżem. Plaże, knajpki, stragany i sklepy – coś jak u nas 😉 Tam jedna z pierwszych czynności jaką wykonaliśmy było wypożyczenie jednośladów, wiadomo to daje wolność i swobodę (i Filipinki młode hehe). Zaczęliśmy też orientować się mniej więcej jak dotrzeć na i zwiedzić wspomniane Czekoladowe Wzgórza i gdzie spotkać te całe wyraki. Generalnie wygląda to tak, że na wyspie było wtedy full Japończyków, wiadomo mają blisko to przylatują robić te swoje fotki 😉 Jest zapotrzebowanie więc pojawia się tez usługa, mianowicie najprostszym sposobem żeby dotrzeć z Panglao na Wzgórza to po prostu wykupić sobie wycieczkę w którymś z miejscowych biur podróży. Wtedy jedziemy sobie wygodnie klimatyzowanym autokarem i mamy wszystko gdzieś. Jest to też opcja najdroższa – wiadomo za wygodę się płaci. Druga możliwość, nieco tańsza to wykupienie wycieczki w takim typowym dla Azji małym busiku. Wygoda średnia, cena też średnia, wszystko średnie 😉

Po przeanalizowaniu wszystkich opcji wpadliśmy na genialny w swej prostocie pomysł – jedziemy na Czekoladowe Wzgórza i Wyraki swoimi skuterami 🙂 Będzie przygoda i mega fun i faktycznie tak było. Jechaliśmy w następującej konfiguracji, ja sam na swoim rumaku Hondzie Jazz a Marcin z Kasia razem na drugim motorze. Prędkość maksymalna mieliśmy podobną, ja miałem mniej mocy ale jechałem sam.  Maksymalnie mogliśmy się rozpędzić do mniej więcej 70 km/h, oczywiście jechaliśmy bez kasków 🙂

Od razu napisze Wam tak, jeżeli tylko macie możliwość ogarnąć tak jak my własny transport i jechać samemu to bez namysłu to zróbcie ! Nic nie odda Wam tego klimatu mijanych małych wiosek i miasteczek, ludzie machają i przypatrują się, w każdej chwili można przystanąć jeśli coś Was zaciekawi, porozmawiać z miejscowymi, wejść do sklepu czy na bazar. Generalnie była to najlepsza opcja jaką mogliśmy wybrać, do tego najtańsza. Skutery i tak mieliśmy opłacone, jedynym kosztem było paliwo, jego cena z tego co pamiętam była mniej więcej o połowę niższa niż u nas.

Naszą trasę z Panglao na Czekoladowe Wzgórza widać na zdjęciu poniżej 🙂

CzkoladoweMapa

Zatem rano zrobiliśmy pobudkę, szybkie ale pożywne śniadanko, upewniliśmy się, że baterie do aparatów i GoPro są naładowane, zebraliśmy sprzęt i jazda. Ruszyliśmy z wysepki Panglao, słonko świeci jest super.  Generalnie chcieliśmy wrócić przed zachodem słońca, żeby nie jeździć skuterami po nocy bez kasków. Po drodze mijaliśmy mnóstwo małych i trochę większych wiosek, malownicze położone rzeki, pięknie wyglądające w promieniach filipińskiego słońca pola ryżowe. Po drodze na trasie mieliśmy tez okazję spróbować pierwszy raz ananasa prostu z pola 🙂 Pyszności 🙂 Najbardziej nas zdziwiło jak ananasy rosną w naturze, podobnie jak nasza marchewka hehe, super sprawa. Podczas jazdy dało sie też zauważyć szacunek jakim inni kierowcy obdarzają osoby poruszające się jednośladami, jest zupełnie odwrotnie niż u nas w Polsce. Na Filipinach to kierowca jednośladu jest osobą uprzywilejowana w ruchu ulicznym, kierowcy autobusów czy innych pojazdów ustępują miejsca, robią miejsce tak żeby można ich było bezpiecznie wyprzedzić, bajka.

Generalnie nasza podróż przebiegała bezproblemowo, do czasu aż po wjechaniu już trochę wyżej dopadł nas totalny tropikalny deszcz 🙂 Ulewa to mało powiedziane, to była masakra, deszcz tak zacinał, że momentami jechałem na tzw. czuja, nie patrząc na drogę z głową odwrócona do tyło ponieważ krople deszczu dosłownie raniły mi twarz. Ratowałem się trochę zakładając okulary przeciwsłoneczne ale to nie pomagało, nic nie było widać. Przez ten deszcz zmuszeni byliśmy zrobić przystanek na dłużej. Zatrzymaliśmy się w jakiejś wiosce gdzie akurat odbywał się targ. Marcin z Kasią kupili sobie tam plastikowe płaszcze przeciwdeszczowe, ja uznałem że to już bez sensu, bo i tak byłem cały mokry 🙂 Kupiliśmy coś do picia chwilę odpoczęliśmy i ruszyliśmy dalej. Dalsza droga okazała się już dość hardcore’owa, było coraz węziej, ruch kumulował się, robiło się coraz gęściej na jezdni. Drogi zaczęły przypominać alpejskie serpentyny, momentami było mega trudno, więc jeżeli macie zamiar jechać jak my samemu to najpierw upewnijcie się czy Wasze sprzęty to wytrzymają, hamulce, opony itp. Dla Waszego bezpieczeństwa.  My nie wiedzieliśmy jak droga będzie wyglądać ani jak się będzie jechać, Wy już wiecie 😉

czekoladowe33333

 

W końcu, po paru ładnych godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce 🙂 Zmoknięci, obolali ale mega zadowoleni i dumnie hehe, dumni bo dojechaliśmy ! Minusem była niestety pogoda jaką trafiliśmy, było parno, niebo trochę zachmurzone – uroki Filipin po prostu. Tu pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie 🙂 Zostawiliśmy nasze maszyny na dole i zaczęliśmy wspinaczkę schodami na taras widokowy. Generalnie spodziewaliśmy się dzikich tłumów jednak nie było tragedii. Myślę, że turystów wystraszyła trochę pogoda.  Tym lepiej dla nas bo był luz 🙂 Powiem szczerze, Wzgórza robią duże wrażenie, są to jakby sztuczne kopce wystające dookoła z dżungli. Wygląda to niesamowicie ! Zresztą zobaczcie sami na zdjęciach 🙂

FilipinyCzekoladoweWzgórza

Czekoladowe

Na miejscu spędziliśmy coś ponad godzinkę i postanowiliśmy wracać, tak żeby zdążyć przed zachodem słońca. Dodatkowo w drodze powrotnej mieliśmy w planach wizytę w rezerwacie Wyraków 🙂 Więc ruszyliśmy, droga powrotna przebiegała nam nieco wolniej, paradoksalnie zjeżdżać z góry było trudniej niż podjeżdżać, częściej hamowaliśmy, trzeba było włożyć w jazdę więcej skupienia i uwagi. Plus był taki, że przestało lać i można było trochę przeschnąć.  W sumie bez większych przygód dojechaliśmy do Corello – tam jest wspomniany wcześniej rezerwat Wyraków 🙂 To miejsce mijaliśmy już zresztą w drodze na Czekoladowe Wzgórza ale nie znając drogi postanowiliśmy odwiedzić je jak będziemy wracać i tak też zrobiliśmy. Tu już było gęściej, mniejsza powierzchnia, ludzi sporo. Na wstępie trzeba było uiścić opłatę za bilet, nie pamiętam już jaki to był koszt ale nie było to mało. Oficjalnie te pieniądze idą na ratowanie populacji tych malutkich małpek więc chętnie się do tego szczytnego celu 🙂 Oglądanie tych małych potworków wyglądało tak, że szło się za przewodnikiem po wyznaczonym szlaku. Podchodziliśmy pod górę pomiędzy skałami a tam pod takimi daszkami siedziały sobie Wyraki 🙂 Każdy miał swoje miejsce i daszek nad głową 🙂 Generalnie były bardzo ospałe i leniwe, są to zwierzęta typowo nocne więc nic dziwnego. Generalnie obsługa pilnowała żeby turyści im się zbytnio nie naprzykrzali 🙂

Typowy Wyrak wygląda tak :

Wyrak

Wyrak2

Miejsce gdzie znajduje się rezerwat Wyraków zaznaczyłem na mapce poniżej :

WyrakiMapa

Obejrzeliśmy więc co nasze i zabraliśmy się w drogę powrotną, zmęczeni, przemoczeni ale szczęśliwi 🙂  W zasadzie z samego Corello było już dość blisko jednak, czym by była taka eskapada bez przygód 🙂 Więc jedziemy, Marcin z Kasią dali znak że przyspieszają i podjada jeszcze na stację paliw zatankować. Odbili w lewo na stacje ja jadę dalej, jadę i coś się zaczyna dziać z moim skuterem, dziwnie się zachowuje, kierownica zaczyna latać na boki więc powoli zwalniam i zatrzymuję się na poboczu. Schodzę ze skutera i zaczynam bacznie się mu przyglądać, no tak złapałem kapcia w przednim kole – masakra. Dodam, że opony pierwszej młodości nie były – w niektórych miejscach były już mocno poprzecierane ale do tej pory nie zwracałem na to uwagi po prostu. Co robić ? Hehe na całe szczęści sytuacja rozwiązała się sama ! Dosłownie pięć minut po tym jak zatrzymałem się podjechał do mnie gość w dużym pick-upie. Wysiadł i zaczął się wypytywać co się stało. Jak dowiedział się, jaki mam problem to uśmiechnął się i powiedział, że 150 metrów w lewo jest zakład wulkanizacyjny 🙂 Odetchnąłem z ulgą 🙂

Szybki telefon do Marcina i Kasi z info co się stało i że chwile mi się zejdzie. Dopchałem skuter do tego miejsca które wskazał mi gość z pick-upa i faktycznie coś tam jest 🙂 Nie nazwałbym tego” zakładem wulkanizacyjnym” hehe, po prostu stoi domek a na podwórku kupa sprzętu i opon, pali się ognisko i siedzi gość hehe. Wchodzę więc na to podwórko i się pytam, czy typ zajmuje się naprawa opon, on na to że tak 🙂 No dobra, myślę wracam po skuter i wtaczam go na podwórko, podchodzi gość i ogląda co się stało. W między czasie z jego domku wybiegła cała rodzina żeby zobaczyć taka atrakcję jak biały człowiek 🙂 Filipiński wulkanizator fachowym okiem obejrzał koło, pokręcił głową, chrząknął i poszedł w stronę ogniska.  Wziął do ręki takie małe metalowe wiaderko i położył na palenisku, coś wrzucił do środka i chwile pogadaliśmy, typowe skąd jestem, po co przyjechałem, jak się podoba na Filipinach itp. Generalnie ludzie są tu mega mili !

Poniżej fota z warsztatu 😉

13401133_10207707178770195_1124305079_n

Po dłuższej chwili typ wyjął to wiaderko z ognia, zdjął tez koło ze skutera i polał miejsce gdzie była pęknięta opona zawartością, chyba to była jakaś guma ze smołą. Następnie denkiem tego rozgrzanego wiaderka przycisnął oponę w miejscu pęknięcia do kowadła i w ten sposób zgrzał miejsce pęknięcia opony. Proste i skuteczne. Następnie razem zamontowaliśmy koło do skutera i z lekką obawa spytałem się ile będzie kosztować taka usługa na co ku mojemu zdziwieniu gość roześmiał sie i powiedział, że jest promocja i zrobił dobry uczynek hehe. Roześmialiśmy się, przybiliśmy piątkę i wytachałem skuter na drogę gdzie czekali już Marcin z Kasią. Chwilę pogadaliśmy i ruszyliśmy w drogę do naszego pensjonatu na Panglao.

Tak ta eskapada na Czekoladowe Wzgórza i Wyraki w skrócie wyglądała 🙂

Niebawem relacja live z surfu na Lanzarote – stay tuned !

surf deski

Lanzarote spontaniczny surf trip

Cześć, miałem napisać o wyprawie na Czekoladowe Wzgórza i poszukiwanie wyraków ale pojawiła się nowa opcja, mianowicie Lanzarote jedna z Wysp Kanaryjskich czyi Lanzarote spontaniczny surf trip 🙂

surf1

Pomysł się pojawił wczoraj, tj. 3 czerwca w moje imieniny i od razu przeszedłem do realizacji hehe. Sytuacja wygląda tak, że w sumie to planowałem jakiś tygodniowy wypad na surfing w czerwcu lub w lipcu. Niestety albo stety do uprawiania surfu potrzebne są fale i to nie byle jakie fale – potrzebujemy dużych fal 🙂 Dodatkowo fajnie by było jakbyśmy przy pływaniu nie zamarzli i nie musieli pływać w full piance. Poprzednio trochę poserfowałem w Maroku ale raz, że już tam byłem a dwa, że średnio bezpiecznie jest teraz w krajach arabskich.

Lanzarote mapa

Maroko odpadło w przedbiegach więc do wyboru pozostały i jeszcze dwie, chyba najlepsze miejscówki surf w Europie, mianowicie Portugalia i Wyspy Kanaryjskie. Wiadomo, wszystko rozbija się o bilety na samolot. Właśnie wczoraj znalazłem super ofertę biura Rainbow, mianowicie to biuro organizuje normalne wycieczki w różne turystyczne destynacje, min. tez na Wyspy Kanaryjskie. Czasem jest tak, że nie sprzedadzą kompletu na dany termin a mają już wyczarterowany samolot na przypuśćmy 300 pasażerów. Wtedy, żeby samolot nie leciał z pustymi miejscami oferują na swojej stronie same miejsca w samolocie za bardzo dobre pieniądze.

13382189_10207662875782648_216197764_n

Ja kupiłem bilet na Lanzarote za 499 zł. Lecę normalnym samolotem czarterowym z normalnym bagażem rejestrowanym do 20 kg i z podręcznym. Tą ofertę udostępniłem zresztą też na swojej stronie tutaj więc możecie sobie sprawdzić jak to wygląda. Fajnie, że wylot i powrót jest z Warszawy, nie będę się musiał nigdzie tłuc dodatkowo pociągiem 🙂

surf deski

Także wypad na surfing już praktycznie ogarnięty, urlop podpisany 😉 i zostało tylko znaleźć jakieś spanie na wyspie. Przyznam się, że cieszę się jak dziecko, choć Kanary jakieś mega egzotyczne nie są to perspektywa popływania na desce w błękitnej wodzie oceanu sprawia, że z mojej twarzy nie znika uśmiech 🙂

Mały apdejt, mam już zaklepane lokum na cały pobyt. Po krótkiej rozmowie z kumplem, który tez leci uzgodniliśmy że najważniejsze żeby miejscówka była jak najbliżej mekki lokalnych surferów tj. plaży o nazwie Famara. To własnie z uwagi na ilość i rodzaj fal jakie się załamują w jej pobliżu Lanzarote zyskała miano europejskich Hawajów.  Reszta jest w zasadzie nieważna hehe, planujemy na miejscu wynająć po prostu jakieś auto i samodzielnie się poruszać po wyspie. Napisałem w tej sprawie do pary zajawkowiczów którzy prowadza swojego bloga surfkanary.com z prośbą o polecenie jakiejś niedrogiej lokalnej wypożyczalni samochodów. Mam nadzieje, że z ich pomocą coś się uda tanio ogarnąć. W końcu znalazłem miejsce w sam raz na ten pobyt, szukałem tradycyjnie poprzez stronę booking.com. Wybór padł na typowy surf-house. Nazywa się ten przybytek Red Star Surf&Yoga Camp i ma wszystko co jest nam potrzebne. Jest kuchnia, żeby zrobić jedzenie, jest surfshop i jest taras na dachu 🙂 No i najważniejsze – znajduje się zaledwie 100 m od Famary 🙂

Tak więc pozostało już tylko odliczać dni do 14 czerwca 🙂

Zdjęcia, które wrzuciłem są z mojej podróży do Maroko a na blogu niebawem wpisy z Lanzarote 🙂

Przypominam tez, że do końca przyszłego tygodnia można stać się posiadaczem fajnego kubka z logo bloga, dokładnie takiego jak na zdjęciu poniżej 🙂

FullSizeRender

Szczegóły znajdziecie tutaj – zapraszam do zabawy 🙂

filipinyKuchnia

Filipińska kuchnia i jedzenie

Witam Was wszystkich w kolejnym wpisie:)  Dziś zrobimy mały przerywnik, nie będzie podróży a w zamian  postaram się Wam przedstawić co dobrego można na Filipinach zjeść, przez okres około miesiąca można już trochę poznać specjały filipińskiej kuchni, zatem w tym wpisie filipińska kuchnia i jedzenie 🙂

Nie wiem jakie jest Wasze podejście do tematu jedzenia na wyjazdach, ja akurat mam tak, że bezsensem jest, oczywiście moim zdaniem wyjazd do dalekiego ale nie tylko kraju i nie spróbowanie co tez miejscowa kuchnia ma do zaoferowania. Praktycznie w każdym państwie można znaleźć coś co będzie nam smakować, jakaś potrawa z której słynie dany kraj czy region.

Nie inaczej było w przypadku Filipin. Kraj odległy i egzotyczny to wie każdy ale nie każdy wie jak wygląda tam żarcie a coś przecież podczas wyprawy jeść musimy. Jest to kraj wyspiarski i niezbyt bogaty. Jak już  więc pewnie się domyślacie najtańszym tam jedzeniem jest to co daje ocean. Tak zgadza się jeśli lubicie wszystko co pływa w wodzie to będzie dla Was raj ! Oczywiście są tam dostępne również dania z drobiu oraz wieprzowiny i wołowiny, jednak ja akurat starałem się skupić i korzystać z tego czego u nas w Polsce nie ma lub tez jak już to dość drogie. Tak więc starałem się przy każdej możliwej okazji pałaszować owoce morza w każdej możliwej ilości 🙂

Podstawowym posiłkiem jaki ta funkcjonował był ryż plus jakieś mięso i trochę warzyw. W zasadzie wszystko podawano w ten sposób. Osoby, które były np. w Tajlandii i tam rozsmakowały się w kuchni azjatyckiej mogą być nieco zawiedzione. W kuchni filipińskiej nie znajdziecie tego ogromu orientalnych przypraw i ilości różnych smaków. Filipińska kuchnia jest prosta. Zawsze jest ryż i coś do ryżu. Albo ryba, kraby, homary i inne morskie żyjątka lub drób, ewentualnie inne mięso.

IMG_6175

Ryż przeważnie w ogóle nie był doprawiony i był po prostu nijaki, warzywa podawane też niczym nie zaskakiwały. Siłą tych dań były moim zdaniem ryby, dla miejscowych to normalka ale dla nas ludzi z Europy możliwość spróbowania takich gatunków ryb, które u nas po prosu nie występują. Drugim atutem był a przeważnie cena – po prostu mega taniocha, za równowartość 15 złotych można dostać taką sztukę, której nawet w połowie nie zjecie 🙂

IMG_6094

Do tego mega tanie olbrzymie kraby, homary i langusty, niestety wszystko podawane z wspomnianym nijakim ryżem.  Najbardziej lubiłem restauracje czy też może bardziej grill bary znajdujące się przy samych plażach. Tam kilka razy dziennie rybacy dostarczali świeże ryby i inne specjały prostu z sieci.

IMG_6119

Smakołyki te trafiały na wyłożone lodem lady i tam można sobie wybrać konkretnie co się chce zjeść, obsługa szybko wrzucała to na grilla i za parę minut można się było delektować pysznym jedzeniem 🙂

IMG_6189

Jednym słowem – lubisz owoce morza to nie zastanawiaj się ani chwili tylko pakuj się i leć, nie zawiedziesz się.

IMG_6169

Nie zawsze jest możliwość zjedzenia wygodnie w restauracji czy też knajpce, to wie każdy kto próbował przemieszczać się dłuższy czas z plecakiem. Jeśli nie miałem akurat możliwości normalnie zjeść to korzystałem z miejscowych dań typu instant. Filipiny chyba są potentatem jeśli chodzi o produkcje i spożycie tzw. „chińskich zupek” ( albo może filipińskich) :). Byłe tego mnóstwo rodzajów, od zwykłych o smaku kurczaka czy rosołu wołowego po bardziej „ekskluzywne” hehe typu owoce morza 🙂 Każdy sobie coś znajdzie, dobre było to, że przeważnie w każdym miejscu, które oferowało te specjały można było dostać gratis wrzątek i chlup danie gotowe, siadamy sobie z boku przy ladzie w markecie i pałaszujemy. Tam to był normalny widok.  Każdy wie jak smakują te zupki więc nie będę się rozpisywał, jedynym wyjątkiem była ta o smaku owoców morza, w sumie to smakowała jak rozwodniony bulion rybny, ogólnie nie polecam poza przypadkami kiedy nic innego nie możemy akurat zjeść.

Trochę inaczej sytuacja wyglądała w dużych aglomeracjach miejskich jak Cebu czy Manila. Tam było trochę inaczej. Na każdym kroku czuć tam ogromny wpływ jaki na Filipiny ma kultura amerykańska. W dużych centrach handlowych królują sieciówki fastfoodowe takie jak znane z Polski McDonalds i Burger King albo sieć Friday’s. Dania niczym się nie różnią od tych serwowanych przez te sieci u nas więc nie ma co się nad nimi rozwodzić. Będąc tam można jednakże spróbować jedzenia z fast foodów, których u nas nie ma. Jest np. filipińska kopia McDonalds o nazwie Jollibee , sieć ta ma w logo sympatyczne zwierzątko z czułkami, chyba mrówkę 🙂

jollibee

W menu burgery, frytki itp. w sumie żarcie nawet zjadliwe, można spróbować. Drugim wytworem typowo filipińskim jest sieć, która oferuje burgery z grzybów 🙂 Tak jest ! Sieć nazywa się Mushroomburger i używa do produkcji burgerów grzybów 🙂 Jadłem te wynalazki jeden raz i przeżyłem, spróbujcie jak będziecie mieć okazje bo to coś innego. Jeśli miałbym opisać ich smak to w sumie nie miały w sobie nic specjalnego, ani to nie było wybitnie dobre ani nie odrzucało także można zjeść 🙂 W menu poza różnej maści grzybowymi burgerami były frytki i jakieś dania z ryżem, ja jadłem tam akurat jakiegoś burgera i nie zatrułem się.

Mushroomburger

Jeżeli chodzi o ceny tego typu jedzenia to o ile chodzi o te filipińskie fast foody to było tanio – natomiast jeśli chodzi np. o knajpę Friday’s to to akurat był jeden z tamtejszych topów 🙂 W środku siedzieli w większości obcokrajowcy, a jeśli już pojawiali się filipińczycy to jednak byli w zdecydowanej mniejszości. Widać było po prostu, że miejscowi nie za bardzo mogą sobie po prostu pozwolić na tego typu knajpy. Natomiast na ulicznych straganach było ich full, tam na prowizorycznych grillach piekły się różnorakie szaszłyki z bliżej niezidentyfikowanym mięsem, miejscowym to nie przeszkadzało i jedli to na potęgę. Ważna sprawa – kurczak po filipińsku to manok, natomiast pieczony kurczak to lechon manok zapamiętajcie to jeśli chcecie uniknąć przykrych niespodzianek.

lechon_manok_1

Natomiast lechon baboy  to potoczna nazwa na pieczonego świniaka, bardzo popularne danie w ulicznych knajpkach. Świnka przed upieczeniem jest faszerowana chyba trawą cytrynową co dodaje jej niepowtarzalnego smaku. Można spokojnie spróbować, mnie akurat nie zachwyciło bo nie przepadam za wieprzowiną natomiast było w smaku ok. To w sumie jest takie ich odświętne danie na specjalne okazje.

baboy

Tak jak wcześniej wspomniałem ja akurat gustuję w rybach i w owocach morza i głownie z tego składała się moja dieta 🙂

Kolejnym ciekawym filipińskim przysmakiem jest coś co może wydawać się mega obrzydliwe, przynajmniej mi się takie wydało i przyznam szczerze, że tego nie zjadłem. Mowa o przysmaku o nazwie Balut. Już tłumaczę co to takiego, jest to w sumie gotowane kacze jajko ale nie zwykłe, tylko z rozwiniętym w środku płodem !

balut

Jajko to uchodzi za filipiński przysmak narodowy, faktycznie można je było kupić w wielu miejscach, także jako przekąskę np. przy kasie w markecie. Po prostu przy kasie stał duży gar a w nim dziesiątki takich jajek, na bieżąco podgrzewane i każdy odchodząc już od kasy mógł sobie na drogę kupić takie jajko. Je się to w całości, czyli z kośćmi i z dziobem, czasem także z wykształconymi już piórami.

Jeszcze w kwestii ciekawostek, widzieliście kiedyś keczup bananowy ? Nie ? To proszę 🙂

Przyznam szczerze, że nie mam pojęcia jak to może smakować, widziałem tylko ten wynalazek  na półce w supermarkecie 🙂

FullSizeRender

To w zasadzie tyle jeśli chodzi o tamtejsze najpopularniejsze jedzenie, przynajmniej te które ja lubiłem jeść. Generalnie widać tam, że im bliżej większych ośrodków miejskich czy też lokalizacji typowo turystycznych tym widać większy wpływ kuchni amerykańskiej i europejskiej. Typowe pizzerie, fast foody itp. wytwory naszej cywilizacji. Jednakże  w tych mniejszych miejscowościach, szczególnie nadmorskich można za śmieszne pieniądze spróbować prawdziwych rarytasów. Idę o zakład, że praktycznie żadna restauracja w Europie nie dysponuje takim menu jak pierwsza lepsza knajpka na filipińskiej plaży, wszystko mega tanie a co najważniejsze – świeże ! Dla mnie to był prawdziwy raj, za równowartość 15 góra 20 złotych można było zjeść praktycznie cokolwiek co tylko udało się złowić miejscowym rybakom w sieci danego dnia 🙂

Jeżeli macie jakieś pytania to piszcie w komentarzach, na pewno odpowiem na wszystkie 🙂

To by było na razie tyle, w następnym wpisie postaram się opisać nasza wyprawę na Czekoladowe Wzgórza i poszukiwania wyraków jak już wcześniej obiecywałem 😉

 

13288961_10207601805775936_1489986263_n

Wyprawa na Filipiny wyspa Bohol

Jeżeli to czytasz to znaczy, że udało mi się Ciebie zainteresować swoimi wpisami, cieszę się 🙂 W tym wpisie zrelacjonuję Wam jeden z naszych dłuższych przystanków podczas wyprawy – Filipiny wyspa Bohol. Wyspa Bohol słynie na cały świat w zasadzie z dwóch rzeczy, są to Czekoladowe Wzgórza oraz małe zwierzątka Wyraki 🙂 Obie te atrakcje oczywiście widzieliśmy, opiszę je niebawem w oddzielnym wpisie 🙂

Więc zacznijmy od początku, wyspa Bohol znajduje się w pobliżu wyspy Cebu, na której to z kolei znajduje się jedna większych aglomeracji na Filipinach mianowicie Cebu City.  Do Cebu City przylecieliśmy samolotem z Manili, wg. mnie najlepsza opcja żeby się tam dostać w miarę szybko. Co do samego miasta, hmm, napiszę tak – nigdy nie widziałem gorszych enklaw biedy niż tam, dosłownie tragedia w jakich warunkach żyją tam ludzie. Oczywiście nie wszyscy, są tam również bogate rejony, jak wszędzie. Mniejsza o to, Cebu było dla nas jedynie miastem transferowym. Znaleźliśmy sobie tam dość komfortowy hotel, tak żeby można było spędzić wygodnie noc, wziąć ciepły prysznic, odświeżyć się i wypocząć. Tak tez zrobiliśmy.

BoholMapa

Celem była wyspa Bohol, dotarliśmy tam statkiem, atrakcje jakie czekają na turystów którzy wybiorą ten rodzaj transportu opisałem wcześniej tutaj . Rejs przebiegał spokojnie, także wszyscy cali i zdrowi dobiliśmy do portu na wyspie Bohol. Należy tu wspomnieć, że na południowym zachodzie tej wyspy znajduje się jeszcze mniejsza wysepka o nazwie Panglao Island i tam postanowiliśmy się udać. Wyspa ta słynie z pięknych plaż, krystalicznie czystej wody, praktycznie raj 🙂 wysepka ta połączona jest z Boholem dwiema groblami, także nie ma problemu żeby przemieszczać się tam skuterem 🙂

Z portu do naszego hoteliku na Panglao przetransferowaliśmy się za pomocą Tuk Tuka, kierowca sprawnie poprzywiązywał nasze bagaże gdzie się da, następnie my usadowiliśmy się najwygodniej jak to tylko było możliwe i jazda.  Przyznam szczerze, że podróż do najwygodniejszych nie należała natomiast miała jeden ogromny plus – cena 🙂 Jechaliśmy dość długo, ciężko mi teraz przypomnieć ile dokładnie. Fajne było to, że po drodze mogliśmy obserwować normalne życie Filipińczyków. Przejechaliśmy przez kilka mniejszych i większych wiosek, widzieliśmy jak dzieciaki idą i wychodzą ze szkół, jak ludzie spędzają czas, jak wyglądają ich domy itp.

13275764_10207601796935715_739915667_n

Po dotarciu do naszego lokum, którym był pensjonat składający się z kilkunastu bungalowów pośrodku których znajdował się mały basenik. Całość otoczona była wysokim płotem, a zaraz przy bramie znajdował się mały bar, gdzie można było sobie zamówić kanapkę albo kawę.

13296320_10207601845936940_1829805941_n

Bungalowy były zrobione z plecionej trzciny, tak 🙂 Było upalnie więc ich konstrukcja idealnie się sprawdzała, dając nam przyjemny przewiew. Zresztą kto by gnił w hotelu ? Na pewno nie my 🙂

13275786_10207601807895989_287184351_n

Pensjonat był w większości zapełniony, część ludzi zmieniała się jak w kalejdoskopie a część zatrzymała się tu na dłużej. W bungalowie obok mieszkała np. całkiem spora rodzinka – facet Europejczyk  z żona Filipinka i patrząc na oko z siedmiorgiem małych dzieci 🙂

Jeżeli miałbym określić atmosferę tego miejsca jednym słowem – chillout 🙂 Nikt nigdzie się nie spieszy, pies właścicielki leniwie wygrzewa się w promieniach filipińskiego słońca… Pełen relaks 🙂

13278040_10207601807615982_1325841020_n

Pierwsza rzecz od jakiej zaczęliśmy to ogarnięcie sobie jakiś skuterów żeby swobodnie się poruszać po Panglao. Podjechaliśmy z naszego pensjonatu do centrum miejscowości turystycznej, nazywała się chyba Tawala ale mogę się mylić, nie zwracałem po prostu uwagi na nazwy miejscowości, za dużo się działo dookoła. Grunt, że w tej miejscowości znajdowała się super plaża o nazwie Alona Beach 🙂

13277959_10207601799175771_1295744648_n (1)

Krystaliczna woda, biały koralowy piasek i palmy kokosowe, to tak w skrócie 🙂  Nieopodal plaży znajdowały się różne stragany na których można było jak to przeważnie bywa w miejscówkach nieco bardziej turystycznych kupić jakieś pierdoły ale również, z czego korzystałem praktycznie codziennie można było na nich kupić świeże owoce 🙂

Po plaży przechadzały się tez miłe i uśmiechnięte Filipinki, które handlowały świeżymi orzechami kokosowymi. Za parę filipińskich Peso kilkoma sprawnymi ruchami maczety przygotowywały kokosy dla swoich klientów, potem tylko do środka słomka i mogliśmy się delektować pysznym sokiem z kokosa – polecam 🙂

13275891_10207601809016017_1514323052_n

Do tej pory cieknie mi ślina na wspomnienie tych smakołyków 🙂

Dodatkowo w miejscowości znajdowały się dwa lokale – baro-dyskoteki , z których parokrotnie skorzystaliśmy 🙂 Imprezy były huczne i do samego rana a nasz dress code wyglądał tak, że na imprezę wbijaliśmy w boardshortach i japonkach 🙂 Selekcja pomimo tego nas wpuszczała – mało tego byliśmy lokalna atrakcją na dyskotekach, każdy z miejscowych chciał nas poznać i napić się piwka – lokalne filipińskie piękności również 🙂

Generalnie to w tej okolicy spędziliśmy parę dni, nie pamiętam dokładnie ale coś około 6-7. Mieliśmy po prostu dość ciągłej tułaczki i poniewierki i chcieliśmy sobie odetchnąć no i to nam się udało. To jest jeden z minusów takiego trybu podróżowania z plecakiem, po prostu jest to męczące. Zapamiętajcie sobie na zawsze, jeśli wybieracie się gdzieś na backpacking to pakujcie swój plecak z głową ! Wszystko co zapakujecie będziecie musieli taszczyć wszędzie ze sobą ! Ja przed tym wyjazdem mocno prześledziłem fora backpackersowe i to mi pozwoliło zabrać na wyprawę tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Zawartość mojego plecaka wyglądała mniej więcej tak, japonki drugie buty na nogach, dwie pary krótkich spodenek, ze dwa t-shirty, dwa-trzy tanktopy, bielizna na siedem dni, boardshorty, czapka z daszkiem i jedne długie spodnie bawełniane plus bluza. Z ciuchów to wszystko, nic więcej z ubrań nie potrzebowałem !

13278189_10207601789295524_2115558549_n

W praktycznie każdym hotelu można było za drobna opłatą zlecić pranie ciuchów, dodatkowo w miejscowościach bardziej turystycznych dość popularne są uliczne pralnie, budki gdzie zostawia się ciuchy a następnego dnia odbiera się je uprane. Nie kosztuje to drogo, warto skorzystać.

Na miejscu poznaliśmy też sporo miejscowych, część z nich mam na facebooku i czasem wymieniamy jakieś życzenia urodzinowe itp. Generalnie – miejscowi są bardzo pozytywnie nastawieni do turystów więc odpłacajmy im tym samym. W większości to dla nich jedyna możliwość żeby porozmawiać z kimś z poza Filipin. Niestety ich rzeczywistość wygląda tak, że praktycznie nikogo tam nie stać na podróż np. do Europy. Są oczywiście wyjątki np. poznałem gościa, który regularnie wyjeżdża do pracy do Norwegii, ale tak jak wspomniałem są to wyjątki.

Tyle ogólnie jeśli chodzi o wyspę Bohol, w następnym wpisie nasza wyprawa na Czekoladowe Wzgórza i poszukiwania Wyraków 🙂

FilipinyTukTukNagłówek

Podróżowanie po Filipinach c.d.

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią w tym wpisie zajmę się tematem jakim jest  podróżowanie po Filipinach ale w obrębach pojedynczych wysp. Wysp jest bez liku, jak już pisałem ponad 7000, natomiast wartych odwiedzenia jest  o wiele mniej.  My podczas naszego wyjazdy mieliśmy do dyspozycji niecałe 4 tygodnie, teoretycznie sporo, jednakże parząc na to teraz, z perspektywy czasu to tyle co nic.

Niestety dla wielu osób pracujących na etacie ta ilość czasu może wydawać się zawrotna i niemożliwa do wygospodarowania.  Zawsze można sobie jakoś pomóc, dobrze jest podczas planowania takich eskapad korzystanie z „naturalnych przerywników” w pracy, typu jakieś pojedyncze święta, długie weekendy itp. My akurat wystartowaliśmy tuż po Święcie Trzech Króli i tym sposobem jeden dzień urlopu udało się oszczędzić. Tak naprawdę z naszej trójki to tylko ja pracowałem akurat wtedy na etacie, reszta załogi prowadziła swoje działalności więc byli w nieco bardziej komfortowej sytuacji.

Jak już wspominałem, my przylecieliśmy do stolicy Filipin czyli Manili i z tego miasta mieliśmy tez powrót do Berlina.  Biorąc pod uwagę częste tajfuny i huragany zawsze bezpieczniej jest wziąć sobie pewien zapas czasu i nie wracać do miejsca wylotu na ostatnią chwilę. Najlepiej wziąć sobie jeden-dwa dni zapasu i wtedy na spokojnie sobie odpocząć i pozwiedzać jakieś lokalne atrakcje. Ja akurat w ostatni dzień przed wylotem pojechałem zwiedzić bardzo fajne oceanarium w Manili – Manila Ocean Park , który w tym miejscu bardzo polecam ! Sporo fajnych rzeczy, można wejść do basenu z pływającymi rekinami młotami, pogłaskać pływające wkoło płaszczki itp.

FilipinyOceanPark

W tym wpisie miałem się jednak skupić na przemieszczaniu się,  więc jeśli chodzi o aglomeracje miejskie takie jak Manila czy Cebu, to w sumie w tych dwóch metropoliach  zatrzymaliśmy się na dłużej to sprawa wygląda następująco.  Najprostszym rozwiązaniem jest złapanie taksówki. W tym miejscu pierwsza przestroga dla Was – jeśli lądujecie w Manili to po wyjściu z lotniska od razu zaatakuje Was banda naganiaczy taksówkowych, ignorujcie ich ! Po wyjściu z terminala w kierunku miasta skierujcie się w prawą stronę, tam powinien stać umundurowany funkcjonariusz. Funkcjonariusz ten  kieruje wszystkich turystów do taksówek, które posiadają legalna koncesję, czyli jeżdżą na liczniki i nie oszukują turystów. Naciągacze bazują na tym, że wielu ludziom nie chce się stać w długiej kolejce i dają się skusić a potem często stają się wykorzystani przez nieuczciwych taksówkarzy.  Nie przejmujcie się tą kolejka idzie to wszystko dużo sprawniej niż wygląda 😉 Wspomniany wyżej funkcjonariusz zanim wsiądziecie do taksówki da Wam kartkę na której będzie podany numer waszej taksówki, numer telefonu pod jaki możecie zadzwonić jeśli coś by było nie tak z kierowcą itp. Super sprawa, kierowcy jak większość Filipińczyków mówią dobrze po angielsku więc nie ma problemu z komunikacją. Ceny są również do przyjęcia, szczególnie jeśli jeździmy w parę osób. Taksówkę można również zamówić w każdym hotelu, wtedy zawsze przyjedzie ta „legalna”.

Drugą opcją z jakiej ja korzystałem w Manili to tzw. Tuk Tuk, większość z Was pewnie kojarzy je z Tajlandii a dla osób które nie wiedzą co za sprzęt to już wyjaśniam – wygląda to jak motor z przyczepka obudowany blaszanymi owiewkami i dachem 🙂 Za pomocą tych przecinaków poruszaliśmy się zarówno w Manili jak i po różnych mniejszych miejscowościach i wioskach. Głównym atutem jest cena za przejazd, nie do przebicia. Raz tylko udało mi się przejechać taniej – jechałem wtedy Tuk Tukiem w wersji Eco – był to rower obudowany jak Tuk Tuk a miało to miejsce chyba w Cebu 🙂

Co do ceny… Jak większość rzeczy na Filipinach cena jest umowna hehe, nie ma stałych opłat dajmy na to za kilometr. Wszystko można a nawet trzeba negocjować ! Z doświadczenia wiem, że po skutecznych negocjacjach można swobodnie zbić cenę nawet o 80 % od wyjściowej. Jednak tu uwaga, należy ustalać cenę zawsze przed rozpoczęciem jazdy, unikniemy w ten sposób głupich sytuacji. Rekord długości przejazdem takim motorkiem jaki zrobiliśmy to było coś w granicach 150 km, podróż przebiegła w miarę sprawnie, baliśmy się  jedynie o nasze plecaki, które kierowca poprzywiązywał sznurkami do dachu Tuk Tuka. Jedyny minus to wiadomo, trochę miało miejsca oraz to, że strasznie nas wytrząsło.

Raz też przeprowadziłem taki manewr, że poszedłem do miejsca gdzie zbierali się kierowcy tych maszyn 😉 i spytałem, czy któryś z nich nie chce zarobić trochę więcej i wozić mnie przez cały dzień za ustaloną kwotę. Zgłosiło się kilku i po wstępnym dogadaniu się umówiłem się, że podjedzie po mnie rano pod hotel i obwiezie mnie po okolicznych plażach i wodospadach. Tak tez zrobiliśmy a gość w czasie kiedy ja łaziłem po miejscówkach ucinał sobie drzemkę. Za praktycznie cały dzień jazdy zapłaciłem równowartość 30 złotych 🙂 Polecam tym bardziej, że podczas jazdy mogłem popijać sobie filipiński rumik 😉

FilipinyTukTuk

Podczas przemieszczania się na dłuższych dystansach Tuk Tuk odpada. Wtedy można skorzystać z połączeń autobusowych. Jest ich sporo, właściwie o każdej porze coś znajdziemy. Autokary odjeżdżają z dworców typowo autobusowych, położone są przeważnie w dość nieciekawych okolicach, należy zatem zachować tam ostrożność.  Najdłuższy dystans jaki pokonaliśmy w ten sposób to kilkaset kilometrów. Ceny dość niskie, minus to tłok w środku i w większości autokarów brak klimy. Z autobusów skorzystaliśmy kilka razy, w zasadzie nie wydarzyło się nic niespodziewanego, z braku laku może być. Biletów nie kupuje się w kasach,  podczas jazdy przepycha się środkiem typ i zbiera od podróżnych kasę, cennik ma w głowie 🙂 Pyta się tylko gdzie jedziemy i rzuca cenę. Plusem tego rodzaju środka transportu jest możliwość  poznania wielu ludzi – Filipińczycy i co ważne Filipinki  są bardzo otwarci i w dalszym ciągu traktują nas Europejczyków jako egzotykę, więc o nawiązanie kontaktu nie jest trudno 🙂 Tyle o autobusach bo w sumie to najmniej ciekawy transport.

filipinyAutobus

W mniejszych miejscowościach a czasem również na wioskach można zobaczyć mknące po ulicach srebrzysto-błyszczące wyglądające jak statki kosmiczne pojazdy, to tzw. Jeepneye 🙂 Zasada jest prosta, im bardziej Jeepney przybajerzony tym lepiej. Kolorowe neony, trąbki, krzykliwe napisy i tony chromu – to filipiński styl tuningu 🙂 Generalnie pojazdy te to pozostałość po stacjonujących na Filipinach wojskach USA. Przód tych aut przypomina przód legendarnego amerykańskiego samochodu wojskowego Willisa,  dalej mamy przedłużone nadwozie z wbudowanymi po bokach ławeczkami i otwarty tył. Z tego transportu korzystamy w następujący sposób, machamy rękami i jeśli się zatrzyma i ma akurat jeszcze wolne miejsce to wskakujemy szybko na tył i tam uiszczamy opłatę za przejazd. Dobrze mieć przy płaceniu drobne bo przejazd kosztuje grosze. Plusem Jeepneya jest na pewno cena, minusem nieprzewidywalność – nigdy nie wiadomo kiedy przyjedzie oraz ciasnota. Te samochody przygotowane są pod Azjatów, my się trochę męczyliśmy ale dało radę wytrzymać.

jeepney1

Na koniec zostawiłem najfajniejszy środek transportu – mianowicie skuter 🙂 Tak naprawdę byliśmy w takich miejscach, że bez posiadania skutera nic nie da rady zrobić. Muszę uściślić, ja używałem skutera natomiast większość dostępnych jednośladów to były jednak motocykle z możliwością zmiany biegów. Ja akurat wolałem skuter, bo mogłem na nim jeździć w japonkach,  w których to zresztą przechodziłem prawie cały wyjazd 🙂 Skuter czy tez motocykl można było wynająć w wielu miejscach. Każda nawet najmniejsza wioska gdzie tylko mogli pojawić się turyści miała punkt wynajmu jednośladów. Ceny za dzień wynajmu to było około 25-30 złotych i obowiązywała zasada, że oddajemy sprzęt z pełnym bakiem. Najdłużej z tego typu wozideł korzystaliśmy na wyspie Bohol, tam nawet samodzielnie na skuterach wyprawiliśmy się około 180 km podczas ulewnego deszczu na Czekoladowe Wzgórza, ale o tym napiszę na pewno w oddzielnym wpisie.  Zasady używania skuterów są banalnie proste – nikt nie pyta o jakiekolwiek prawo jazdy czy coś w tym stylu, ja osobiście nie widziałem tez w wypożyczalniach żadnych kasków. Tam jeździ się po prostu  bez kasków i bez prawka 🙂 Natomiast, jeśli chodzi o kulturę jazdy to możemy się od Filipińczyków sporo nauczyć. Widząc, że ktoś jedzie skuterem ustępują miejsca na drodze, podczas wyprzedzania nie robią tego na styk tylko zostawiają dużo miejsca itp.

FilipinyCzekoladoweWzgórza

To tyle jeśli chodzi o rodzaje i możliwości transportu na wyspach, na prawdę warto, będąc na miejscu w którym zamierzamy zostać parę dni poszukać wypożyczalni i wziąć sobie skuter, bo ten daje prawdziwą wolność. Budzimy się rano i jedziemy na targ kupić sobie owoce na śniadanie potem gazu na najbliższą plaże, rozkładamy ręcznik, jemy nasze owoce popijamy świeżym kokosem  i plażing,  nie ma nic piękniejszego 🙂

 

 

FilipinyNagłówek

Jak się poruszać po Filipinach

W tym wpisie spróbuje zobrazować Wam jak się przemieszczaliśmy i jak się poruszać po Filipinach pomiędzy wyspami 🙂

Postaram się wymienić rodzaje transportu z jakich korzystaliśmy, plusy i minusy naszych wyborów oraz inne smaczki 😉

Zaczynamy, więc jak wiadomo Filipiny są krajem wyspiarskim i to nie byle jakim bo w skład całego archipelagu wchodzi około 7100 wysp i wysepek. Co to oznacza ? Oznacza to mianowicie, że do obejrzenia przynajmniej połowy z nich potrzeba co najmniej roku 🙂 Oczywiście nie wszystkie są warte obejrzenia a niektóre są wręcz bezludne dlatego my wybraliśmy tylko te najlepsze, wiadomo 🙂

Od razu napiszę, że to że ktoś planuje na Filipinach przedostać się na którąś z wysp nie oznacza wcale że mu się to uda 🙂 Nie chodzi wcale o ceny transportu, chodzi o to, że cały region jest dość często nawiedzany przez różnej maści tajfuny i huragany. Jak jest zagrożenie którąś ze wspomnianych atrakcji, to nie ma zmiłuj – jesteśmy uziemieni. Zagrożenie może trwać nawet parę tygodni więc należy bardzo rozważnie planować przeskoki po wyspach bo możemy tam utknąć 🙂

Tak zaczęło się w naszym przypadku – w związku na naszą zajawką około surfingową pierwszym punktem naszej wyprawy zaraz po wydostaniu się z Manili miała być wyspa Siargao Island – z kultową miejscówką surfową o nazwie Cloud 9. Niestety nic z tego nie wyszło – właśnie przez ogłoszony w okolicach tej wyspy  tajfun alert. Jak to bywa – życie zweryfikowało nasze plany.

Jak już wspomniałem wcześniej, Filipiny to wyspy. Mniejsze i większe ale wyspy. Jak się poruszać pomiędzy wyspami ? Możliwości są w zasadzie tylko dwie i nasuwają się bardzo logicznie, albo samolotem albo statkiem.

Pierwsza z opcji jest najlepsza – bo najszybsza ale niestety tez najdroższa. Jak zwykle coś za coś.  Podczas naszego tripu lataliśmy dość często co generowało spore koszty. Niestety nie mieliśmy po prostu wyboru – czasu mieliśmy bardzo niewiele, bo co to  jest niecały  miesiąc na taka wyprawę. W zasadzie lataliśmy dwoma liniami, tamtejszymi lowcostami. Pierwsza linia z usług której korzystaliśmy  to Air Asia natomiast drugą była Cebu Pacific. Oferty linii są do siebie zbliżone cenowo także jedynym kryterium ważnym dla nas były terminy lotów oraz wolne miejsca, bo o ile lotów było sporo to większość miała całkowite obłożenie i ciężko było upchnąć naszą trójkę jednocześnie na pokład samolotu. Dużym plusem jest fakt, że na większość ciekawych wysp dolecimy samolotami, Filipiny mają gęsta siatkę połączeń lotniczych.

Wspomniałem o cenach, no więc można by je porównać do cen jakie obowiązują u nas na podobnych dystansach. Najtańsze bilety kupiliśmy mniej więcej za równowartość 300 złotych natomiast najdroższy kosztował coś koło 800 złotych. Od razu zaznaczę, że bilety kupowaliśmy tylko w jedną stronę, nigdy nie planowaliśmy aż tak do przodu ile zostaniemy w danym miejscu. Jeżeli byśmy decydowali się na bilety w obie strony mogłoby to delikatnie obniżyć koszty.

Teraz najważniejsza sprawa, teoretycznie można by przecież zaplanować cały trip dużo wcześniej i wtedy jeszcze nawet z Polski bukować bilety na konkretne terminy. Niestety wiąże się to z ogromnym ryzykiem – wspomniane wcześniej tajfuny ! Wystarczy przecież, że odwołają jeden z naszych lotów i leżymy, pieniądze w błoto a my zostajemy z niczym. Tak więc, ten patent sprawdzi się w przypadku np.  Tajlandii, natomiast na Filipinach trzeba rezerwować na bieżąco, płacąc niestety trochę drożej.

Drugą opcją na przemieszczanie się pomiędzy wyspami są statki 🙂 Jeżeli nie mamy choroby morskiej i mamy żyłkę ryzykanta to polecam 🙂

O co chodzi z tym ryzykanctwem ? O to, że w zasadzie wszystkie statki , którymi pływaliśmy na Filipinach były delikatnie mówiąc mocno już wysłużone.  Ja nie wiem, czy tam obowiązują jakieś przeglądy techniczne ale te statki najlepsze lata mają już dawno za sobą 🙂 Największym plusem tego rodzaju transportu jest cena, dosłownie można za parę złotych pokonać dystans jaki samolotem wyszedłby nas parę stów. Bilety kupowaliśmy bezpośrednio w kasach w portach, nie robiliśmy żadnych rezerwacji, nawet nie wiem czy istnieje taka możliwość. Przy kupnie można było wybrać rodzaj i klasę biletu, ekonomiczna czy turystyczna. Różnice były drobne 🙂

Po wejściu na pokład pierwszego statku doznaliśmy małego szoku, w cenie biletu każdy z nas miał wliczone miejsce do spania – była to prycza na piętrowym łóżku 🙂 Prycze od razu przywołały mi obraz południowo amerykańskiego więzienia hehe. Full ludzi, gwar, rozmowy, część osób leży już na pryczach, część łazi, w tle leci jakaś muzyka, pod nogami i wszędzie dookoła walają się bagaże.

13277925_10207566373410149_71258077_n

Dodatkowo pomiędzy bagażami tubylcy poupychali papierowe torby będące transporterami dla kogutów 🙂 Tak jest na statku poza ludźmi płynęły dziesiątki jeśli nie setki kogutów. Podejrzewam, że były to koguty z przeznaczeniem do walk – jeden z narodowych sportów Filipińczyków.  tak więc o zajęciu naszych prycz pozostało tylko czekać na wypłynięcie z portu. Z tym bywa bardzo różnie, raz mieliśmy sytuację, że czekaliśmy ponad dobę na wypłynięcie – w końcu zrezygnowaliśmy i zeszliśmy z pokładu, po prostu z uwagi na wspomniany wcześniej alert tajfunowy statek nie wypłynął.

13236317_10207566381490351_1280566746_n

Filipińczykom wcale to nie przeszkadzało, pokornie czekali parę dni na statku – widocznie nie jest to dla nich nic nadzwyczajnego, po prostu normalka 🙂 Na każdym statku mieścił się też bar – tam można było kupić coś do picia albo zamówić posiłek. Posiłkami były najróżniejsze wariacje tzw. „chińskich zupek”, makaron instant o różnych smakach, także bardzo wyszukanych takich jak kalmarowy, czy też owoców morza 😉 Na jednym ze statków było coś w rodzaju baru-klubu na części otwartego pokładu, grał jakiś dj i można było wypić piwo 🙂

Na koniec podzielę się z Wami swoim patentem na zabezpieczenie bagażu. Kiedy szedłem do toalety czy tez w inne miejsce nie taszczyłem ze sobą całego plecaka, wiadomo miałem przy sobie bezwzględnie i zawsze paszport i resztę dokumentów oraz pieniądze, natomiast plecak mocowałem do metalowej ramy łóżka za pomocą zwykłej linki-zabezpieczenia do roweru. Przewidziałem po prostu możliwość takich sytuacji i zabrałem ze sobą taką linkę – okazała się przydatna.

Mam nadzieję, że chociaż w części udało mi się zobrazować Wam jak się przemieszczać pomiędzy wyspami na Filipinach i w przypadku, kiedy zdecydujecie się odwiedzić ten kraj skorzystacie z mich rad 🙂

W następnym wpisie postaram się przedstawić jak poruszaliśmy się już po stałym lądzie na konkretnych wyspach,

Pozdrówki 🙂

 

Filipiny na głowna

Retrospekcja… Wyprawa na Filipiny

Dzisiaj przeglądając zdjęcia na dysku wpadłem na folder z fotkami z Filipin z zeszłego roku 🙂 Wyprawa na Filipiny – tak to już było ale cały czas powracam do tych chwil. Powracam do całej masy poznanych tam ludzi,  niezwykle uprzejmych i miłych. Tak, to dla nas Europejczyków a niestety w szczególności dla Polaków może być pewnym szokiem 😉

Sam pomysł na ta eskapadę padł dość spontanicznie. Mianowicie ja sam od jakiegoś czasu myślałem o takiej dalekiej wyprawie, egzotycznej, niestandardowej. Takiej z plecakiem.  Jakoś w czerwcu lub lipcu byłem u znajomych w Warszawie,  rozmawialiśmy o swoich najbliższych oraz tych dalszych planach i w pewnej chwili wszyscy zaczęliśmy rozmawiać na temat właśnie Filipin ! Znajomi – Kasia i Marcin bardzo żywo zaczęli opowiadać o swojej poprzedniej podróży do Azji a mianowicie do Tajlandii a ja zacząłem opowiadać, że fajnie byłoby ruszyć w mniej uczęszczane miejsce jak np. Filipiny.  Okazało się, że oni także planowali wypad akurat w to miejsce i szukali kogoś do towarzystwa – dokładnie tak jak ja 🙂 Pamiętam, że wtedy podjęliśmy szybką decyzję – lecimy na Filipiny !

Umówiliśmy się,że będziemy śledzić portale z tanimi biletami i jeśli coś się pojawi to kupujemy bilety i niech się pali i wali – lecimy 🙂

Potem nie widzieliśmy się jakiś czas, każdy był pochłonięty swoimi sprawami i któregoś dnia po południu zadzwonił do mnie Marcin z informacją, że na Skyscannerze pojawiły się loty do stolicy Manili w dobrej cenie. Usiadłem do kompa i zacząłem przeglądać loty i terminy, szybka konsultacja z Marcinem i bukujemy bilety – termin naszego tripu to 6 stycznia – 30 stycznia, czekam na potwierdzenie…tak już wszystko załatwione, lecimy !

Bilety już mamy. Ja zobowiązałem się że poszukam dla nas noclegu na pierwszą noc w Manili, mieliśmy tam wylądować koło 23 więc i tak już by było za późno na poszukiwania noclegu. Znalazłem na szybko coś na bookingu – potem się okazało, że trafiłem akurat na hotel bardzo polecany przez Loonely Planet jako miejsce noclegowe w Manili 🙂

Wracając do kwestii biletów lotniczych, zawsze jest a raczej bardzo często jest tak, że coś za coś – bilety kupiliśmy naprawdę tanio bo z tego co pamiętam całościowy ich koszt to była kwota około 1800 zł ale niska cena wiązała się z pewnymi niedogodnościami…

Lot wyglądał następująco: z Warszawy polecieliśmy do Amsterdamu, tam mieliśmy około dwie godziny przerwy a następnie z Amsterdamu polecieliśmy do Pekinu. W Pekinie z tego co pamiętam mieliśmy 8 godzin czekania, większość czasu przesiedzieliśmy w jakiejś lotniskowej knajpce, zjedliśmy coś i chwila odpoczynku. Potem już z jedną szybka przesiadką polecieliśmy do Manili. Cały czas naszej przeprawy wyniósł ponad 20 godzin więc nie było lekko 🙂

Filipiny bilet

Co poczułem kiedy byliśmy już na miejscu ? Mega radość ! Od razu jak tylko dostaliśmy się do naszego hotelu ruszyliśmy na krótki rekonesans po okolicy, a potem zmordowani ale niesamowicie szczęśliwi padliśmy na swoje łóżka, żeby rano full naładowani energią zaplanować dalszą częśś naszej spontanicznej eskapady…

Manila Pogoda

C.D.N. 🙂

anjiamarango8

Hotel na Nosy Be wstępnie zaklepany

Szukanie hotelu…Hotel na Nosy Be wstępnie zaklepany 🙂

W sumie nie lubię tego robić, żmudne przeszukiwanie ofert to nie jest moje ulubione zajęcie 🙂

Odpaliłem booking.com , mam tam konto już dłuższy czas co skutkuje tym,  że czasem pojawiają się tam tzw. „sekretne oferty” – są to oferty przygotowane niby dla osób posiadających już jakiś staż na tym portalu itp.  Ja osobiście nie do końca w to wierzę, natomiast faktem jest, że niektóre propozycje okazują się mega ciekawe.

AnjiamarangoMapa

Nie traciłem zbyt dużo czasu na szukanie, jak już wspomniałem w poprzednim wpisie miałem jako takie wyobrażenie o miejscu w którym będę spał. Obiekt miał być bezpośrednio przy plaży, fajnie jakby był zorganizowany jako luźno rozmieszczone bungalowy na wybrzeżu oceanu hehe, kto nie marzy o takim miejscu na wakacyjny pobyt ?

Jako kryterium podstawowe wyszukiwania ustawiłem rosnąco ceny, wklepałem termin na jaki się wybieram, tj 10 października – 24 października i poczekałem chwilę na wyniki…

Od razu na pierwszym miejscu wyskoczył bardzo fajny hotelik – „Anjiamarango Beach Resort”. Nazwa jak nazwa, grunt, że leży nad samym oceanem i jest opcja mieszkania w bungalowie – typowej chatce na plaży 🙂

Przyznam bez bicia, że od zawsze miałem taką zajawkę, że obudzić się rano, uchylić sobie drzwi i popatrzeć chwile na fale oceanu, potem wypić jakiś sok ze świeżo wyciskanych tropikalnych owoców i wyjść pobiegać chwilę przed śniadaniem albo dać nura do ciepłej błękitnej wody oceanu 🙂

anjama6

Chwila namysłu – sprawdziłem czy obiekt oferuje śniadania – są ale za dopłatą, trudno wezmę. Nie będę tracić cennego czasu na poszukiwanie i przygotowywanie jedzenia rano, jestem w tej kwestii trochę wygodnicki 🙂

Anjiamarango3

Początkowo myślałem, żeby zaklepać ten hotel tylko na dwa-trzy pierwsze dni pobytu. Po namyśle jednak i upewnieniu się, że obiekt umożliwia rezygnację i zmiany w dokonanych już rezerwacjach zabukowałem go na całe dwa tygodnie.

W ostateczności potraktuję go jako swoja  bazę wypadową, oczywiście nie będę tam leżakował tyle czasu, na pewno pierwsze dwa dni poświęcę na aklimatyzacje a potem zwiedzanie.

Jak byście mieli chęć zobaczyć stronę tego hotelu to wrzucam ją tutaj ,

To na razie tyle, teraz pozostaje mi poszukać jakiegoś noclegu na tranzyt w Mediolanie…